Tom 92013Tom 102014
„Kroki w nieznane. Almanach fantastyki” – Beata Zawadzka (naekranie.pl)
Jubileuszowe „Kroki w nieznane” prezentują tak różnorodne odpowiadania i tak różnych autorów, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. I jak każda antologia, mają jedną podstawową wadę: nie wszystko może się podobać. To po prostu niemożliwe. Każdy czytelnik ma swoją indywidualną wrażliwość i nie z każdym z prezentowanych autorów będzie mu po drodze. Obiektywnie patrząc, w książce nie ma opowiadań słabszych, każde z nich jest swego rodzaju perełką, każde robi wrażenie. Nie sposób omówić wszystkich, ale warto wspomnieć o kilku, które u mnie osobiście wywołały szczery zachwyt.
Wielu czytelników po raz pierwszy zetknie się z fantastyką chińską i to od razu na najwyższym poziomie. Opowiadanie „Wędrująca Ziemia” Liu Cixin intryguje i porusza rozmachem wizji autora, perspektywą i nastrojem, w którym nadzieja przeplata się z rozpaczą, a wszystko jest przesiąknięte obcym Europejczykom duchem konfucjanizmu. więcej >>
Antologia Kroki w nieznane – Tymoteusz Wronka (Katedra.nast.pl)
Jedyna regularnie ukazująca się seryjna antologia po raz kolejny nie zawodzi czytelników. Mirek Obarski przygotował ciekawy wybór tekstów. Zamieszczone w tegorocznej edycji „Kroków w nieznane” opowiadania pokazują przekrój gatunkowy i koncepcyjny fantastyki: udowadniają, że nasz ulubiony gatunek może zarówno stanowić komentarz do otaczającej nas rzeczywistości, jak i stanowić ucieczkę od niej.
Od kilku lat mówi się o kryzysie na rynku anglosaskich opowiadań, czego m.in. świadectwem są nie zawsze trafione teksty w poprzednich edycjach „Kroków w nieznane” czy też w „Nowej Fantastyce”. Tegoroczny zbiór z jednej strony potwierdza ten trend, ale pokazuje także, że nadal można wyszperać wartościowe utwory (napisane teraz lub przed laty – najstarsze jest z 1989 roku) i wcale nie należy się ograniczać wyłącznie do pisarzy anglojęzycznych. Mirek Obarski, obok tradycyjnego zestawu tekstów z krajów anglojęzycznych (zaskakująco niewielu autorów ze Stanów Zjednoczonych) oraz Rosji, tym razem serwuje czytelnikom również teksty z Brazylii i Chin.
Trochę wbrew nazwie antologii omówienie rozpocznę od autorów należących do kategorii „znani i lubiani”, czyli tacy, którzy pojawiają się w serii regularnie, a często także mają w dorobku kilka książek wydanych w naszym kraju. Tutaj niekwestionowanym liderem jest Peter Watts. Opowiadanie Kanadyjczyka stanowi właściwie prolog do „Echopraksji”, jej łącznik z wydarzeniami ze „Ślepowidzienia”. Znając obie powieści, trudno rozpatrywać „Pułkownika” jako osobne dzieło... i to chyba jest największy zarzut, bo poza tym tekst potwierdza wszelkie atuty pisarstwa tego autora.
Kolejna dwójka – Brandon Sanderson i K.J. Parker – kojarzeni są głównie z klasycznym fantasy, ale w tym zbiorze obaj (oboje?) zaskakują. Sanderson tym razem uderza w klimaty SF... a przynajmniej tak się wydaje, bo napisany na początku kariery „Pierworodny” w rzeczywistości ma jedynie space operowy sztafaż, ale konstrukcyjnie i koncepcyjnie nie różni się od późniejszych tekstów fantasy tego autora. Samo opowiadanie jest poprawne, zbudowane na jednym pomyśle, który jest konsekwentnie realizowany. Pewne rozczarowanie przynosi końcówka; nie tyle treścią, co odartym z epickości finiszem, nieco niepasującym do wcześniejszego rozmachu. „Pogromca Smoka z Merebarton” jest natomiast fantasy antybohaterską, stojącą w opozycji do tradycji w tym gatunku. Parker z lekkością i humorem snuje prostą, ale jednocześnie dość gorzką w wymowie opowieść. Utwór raczej nie zapadnie w pamięć tak mocno, jak wcześniejsze teksty Parker(a) w „Krokach w nieznane”, ale warto na niego zwrócić uwagę.
Przechodząc do autorów mniej rozpoznawalnych, warto zauważyć grupę utworów ocierających się o grozę, chociaż w nietypowy i nierzadko przewrotny sposób. Dobre wrażenie robi „Zdobycz ojca” Christophera Greena, tekst w baśniowej konwencji bazujący przede wszystkim na nastroju i wzbudzeniu niepokoju, a także – niezbyt zaskakującej – puencie. Niemniej opowiadanie pokazuje, że nadal można pisać krótko i rzeczowo z dobrym rezultatem.
Mieszane uczucia – głównie jednak za sprawą indywidualnych preferencji – wywołuje natomiast „Rekin! Rekin!”, opowiadanie będące hołdem w kierunku „Szczęk” Stevena Spielberga, chociaż tak naprawdę odwołujące się do obecnie popularnych produkcji klasy B (i niższej) z drapieżnymi rybami w roli głównej. Lubicie „Sharknado”? To i polubicie humorystycznie przewrotny utwór Raya Cluleya... pod warunkiem, że nie macie nic przeciwko narratorowi zwracającemu się bezpośrednio do czytelnika i mrugającego (w stylu dawnej reklamy piwa (bez)alkoholowego) do niego raz po raz. Do kina grozy niekoniecznie najwyższych lotów nawiązuje także „Dziewięć śmierci doktora Valentine’a” – długie i świetnie budowane opowiadanie kryminalne, które akurat pierwiastka nadprzyrodzonego nie posiada, ale poprzez grę z konwencją stanowi jedną z bardziej wciągających historii w zbiorze. Widać brak typowego elementu fantastycznego, by utwór Johna Llewellyna Proberta zasłużył na uwagę czytelników. Potwierdza to zresztą The British Fantasy Award dla tego opowiadania.
Gdy mówić o rozczarowaniach, to przynoszą je głównie teksty zza naszej wschodniej granicy. Fabularnie nie zachwyca „Krzyż św. Jerzego”: ot, kolejna wariacja na temat samotnego bojownika z systemem w opresyjnych rosyjskich realiach nieodległej przyszłości. Ponoć Wiktor Toczinow wszedł tym tekstem w dyskurs nad obecną sytuacji w Rosji, ale bez znajomości szczegółów i kontekstu jego wizja nie różni się znacząco od wielu podobnych pojawiających się w fantastyce od dziesięcioleci. Jednocześnie należy dodać, że historia poprowadzona jest sprawnie i umiejętnie domknięta, a przynajmniej jeden pomysł wywoła uśmiech osób lubiących doszukiwać się w fantastyce smaczków. Znacznie gorzej jest u Iny Goldin, której opowiadanie fantasy ze szkołą-obozem dla dzieciaków z podbitych krain zupełnie nie potrafi zaintrygować. Wyjściowy pomysł i jego fabularne rozwinięcie są dość chaotyczne, a w całości trudno doszukać się większego sensu: ot, autorka połączyła kilka różnych elementów, doprawiła banalną fabułą i zobaczyła, co z tego wyszło. Odpowiedź brzmi: niewiele.
Podobnie jak Toczinow w antyutopijną wizję uderza Priya Sharma. Wnioskując z tego jednego tekstu można określić autorkę jako przedstawicielkę lewicowego skrzydła brytyjskiej fantastyki, chociaż do złożoności i pomysłowości Chiny Miéville’a jej daleko. „Szmaciarz”, oprócz cieciekawej stylowo wizji Liverpoolu z kapitalizmem doprowadzonym do ekstremum, okazuje się jednak dość banalną historią. Być może miała bazować na emocjach, ale podczas lektury nie da się ich odczuć. Klimatem i pomysłem, bo już niekoniecznie samą historią, zwracają uwagę „Zatwardziali kryminaliści”. Potencjał fabularny więzienia zbudowanego z ciał (nadal przytomnych) skazańców ma co prawda krótki żywot, więc nie dziwi, że Jonathan Lethem traktuje go dość szybko jedynie jako dekorację, ale jednocześnie nie wykorzystuje w pełni możliwości rozgrywania emocji, które pojawiają się w trakcie opowiadania. Efektem jest historia bardziej banalna, niżby być mogła... za to jest dobrze napisana.
W „Krokach w nieznane” crème de la crème prawie zawsze stanowiło science fiction; i to z tego twardszego rodzaju. Podobnie jest i w tegorocznej edycji: to właśnie opowiadania SF wywierają największe wrażenie – ze względów na koncepcję, emocje czy wreszcie skłonienie do dyskusji lub refleksji. Przykładem na to jest chociażby „Wędrująca Ziemia”, opowiadanie z pomysłem jak chińska gospodarka – pełnym rozmachu, bezkompromisowym i z jasno wytyczonym celem. Czy może być coś bardziej spektakularnego, niż ucieczka całą Ziemią z Układu Słonecznego za pomocą wielkich silników? Gdy na chwilę się zatrzymać i zastanowić, to w wizji Cixina Liu sporo jest dziur i nieścisłości, ale początkowo wizja oszałamia. Dodatkowo stanowi ciekawy przykład mentalności ludzi z Państwa Środka: ludzkość jednoczy się we wspólnym celu, skala projektu jest ogromna, zaznaczona jest wyższość społeczeństwa nad jednostką, a nieomylność przywódców nie powinna podlegać dyskusji. Interesujące, chyba nawet bardziej ze względu na te konotacje, a nie sam pomysł fantastyczno-naukowy.
W SF od dawna jednym z wiodących tematów jest kontakt z obcymi; w omawianej tu antologii są dwa opowiadania poruszające ten wątek. Pierwszym, i pozornie bardziej nietypowym, jest „Tęsknota za Langalaną” Mercurio D. Rivery. Narracja prowadzona jest nie z punktu widzenia człowieka, a przedstawicielki drugiej strony. Jednakże bardzo szybko okazuje się, że jest to bardzo leguinowska proza. W tekście rozważane są aspekty socjologiczne bez szczególnego zwracania uwagi na tło opowieści, koncentrowanie się na zetknięciu znanego i obcego (i, podobnie jak u słynnej pisarki, ze zwróceniem uwagi na aspekty związane z rozmnażaniem), ale w finale z odsłonięciem prawdy o ludzkiej naturze. Ujęcie z drugiej strony skali prezentuje „Nurek” Braulio Tavaresa: tu obcych nie sposób pojąć ludzkim umysłem, a kontakt z nimi kończy się poważnymi zmianami. Ciekawe spojrzenie z punktu widzenia narratora z odmienionym sposobem myślenia, a do tego z twistem w finale. Jeśli tak prezentuje się fantastyka w Brazylii, to czekam na więcej.
Kolejny klasyczny temat SF to sztuczna inteligencja i posthumanizm obecne w „Ostatniej rafie” Garetha L. Powella. Wyrazisty i konsekwentnie realizowany pomysł to bez wątpienia atut tego opowiadania, a wisienką na torcie są szczegóły wymyślonej przez brytyjskiego autora sztucznej inteligencji i sposobu jej relacji z ludźmi. Jeszcze lepszy jest tekst Jonathana Sherwooda, który niesprawiedliwie będzie się teraz kojarzył głównie z „Interstellarem” Christophera Nolana, ale sam tekst jest znacznie starszy. I ciekawszy. Oprócz interesującego tła naukowego, docenić należy konstrukcję postaci i umiejętność skierowania za pomocą kilku słów emocji czytelnika w pożądaną stronę. „Głębia siwego oceanu” jest najjaśniejszym punktem antologii, a takie opowiadania, jak dwa powyższe, chciałoby się czytać cały czas.
W „Krokach w nieznane 2014” nie obyło się bez drobnych potknięć i tekstów słabszych, ale generalnie można być zadowolonym z wyboru Mirka Obarskiego – tym bardziej, że przynajmniej dwa teksty są wybitne i powinny zapaść w pamięć tak, jak choćby przywoływani zawsze przy takich okazjach „Śmiercionauci” Teda Kosmatki. Antologia pokazuje przekrój przez fantastykę: jej konwencje, tematykę i nurty. Piętnaście opowiadań to piętnaście różnych spojrzeń na gatunek. Warto się z nimi zapoznać, jeśli nawet autorska wizja nie zawsze pokrywa się z prywatnymi preferencjami czytelniczymi.
„Kroki w nieznane. Almanach fantastyki 2010” – Maciej Rybicki (Fantasta.pl)
Kroki w nieznane z roku 2014 zapamiętam, o dziwo, przede wszystkim dzięki tekstom, w których w popkulturowym, ponowoczesnym tyglu groza literacka miesza się z historią kina czy humorem. Niezłych opowiadań, łamiących lub wyłamujących się ze sztywno rozumianych konwencji, jest tu zresztą więcej. Usatysfakcjonowani powinni być też fani klasycznej SF czy niebanalnego fantasy. Pewnie wielu sięgnie po najnowszy wybór Mirka Obarskiego ze względu na takie nazwiska jak Watts, Parker czy Sanderson i raczej się nie zawiodą. Ja osobiście najlepiej zapamiętam opowiadania Rivery, Cluleya, Liu, Proberta i Sherwooda. więcej >>
Tom 92013
Antologia Kroki w nieznane – Roman Ochocki (Katedra.nast.pl)
Teksty w antologii podzieliłem po lekturze na trzy mało odkrywcze kategorie: bardzo dobre, dobre i słabe. Zacznijmy od słabych. Z tym że od razu muszę przypomnieć i zastrzec – cały ten podział to tylko i wyłącznie kwestia gustu recenzenta. Czasami wyjątkowo wrednego i nieracjonalnego. Otóż za słabe z samej definicji uznaję teksty autorów rosyjskich, czy – ogólnie – pochodzących zza naszej wschodniej granicy. Choć nawet mimo tego uprzedzenia myślę, że nie będę osamotniony w stwierdzeniu, iż opowiadanie Kira Bułyczowa, „Zeznania Oli N.” jest i tak najsłabsze w zbiorze. A fakt, że opowiadanie Julii Zonis może być lepsze, nie przenosi go od razu do kategorii dobre. Rzeczywiście, czyta się je z większą przyjemnością niż opowiadanie Bułyczowa, ale nie ma ono ciekawej fabuły. Po prostu. Z kolei „Puste przestrzenie” Grega Kurzawy zaliczam do słabych, ponieważ nie spodobało mi się „wykończenie”, rozwiązanie akcji. Nie jestem pisarzem, nie zamierzam nim być, więc moja opinia jest opinią tylko i wyłącznie marudzącego czytelnika. Spodziewałem się po tej opowieści, która rozgrywa się tak naprawdę między dwoma bohaterami, większej dawki napięcia i emocji. Zatem na końcu albo nie zrozumiałem autora, albo tam po prostu nie ma czego rozumieć. Przyjąwszy drugą wersję – mamy do czynienia po prostu z fabułą, z której nic nie wynika. O Jonathanie Lethemie i jego „Szczęśliwym człowieku” wspomnę za chwilę.
Kolejną grupę tekstów stanowią te dobre. Są to „Martwi” Michaela Swanwicka, „Lotny” Marca Laidlawa, „Broń promieniowa – love story” Jamesa Alana Gardnera, „Jagannath” Karin Tidbeck, „Wielkie marzenie” Johna Kessela, „Założyciel” Orsona Scotta Carda.
Kilka tekstów w tej antologii łączą wspólny temat, a mianowicie – i w uproszczeniu – zombie. Ale od razu trzeba zastrzec, że autorzy podeszli do tego tematu bardzo kreatywnie. Nie mamy tu zatem nic z szablonu typu – snuje się charczący obdartus z gnijącym ciałem. Wrócę na moment do „Szczęśliwego człowieka” Jonathana Lethema. Tu również pojawia się motyw zombie, ale zaliczyłem tekst do kategorii słabych. Trochę warunkowo. Ponieważ bardzo podobał mi się pomysł na zombie, jaki autor przedstawił. Ciekawe było jego rozwinięcie i „koncepcja” czasowości tego stanu. Nie jest jakaś oryginalna (niedawno był emitowany miniserial brytyjski pt. „Returned” – polecam, bo choć nie ma się czym zachwycać, pomysł jest psychologicznie dobrze rozegrany), ale miała spory potencjał na głębsze rozwinięcie. I tu znowu może popadam w niepotrzebną manierę zarzucania autorowi fantastycznego opowiadania, że nie jest Henrym Jamesem. Ale szkoda było potencjału, który poszedł w stronę takiego, moim zdaniem, taniego chwytu związanego z traumą. Albo psychologizujemy na poważnie, albo sobie darujmy takie chwyty. Może przesadzam, ale mnie finał tego opowiadana zirytował i ze złości, a nie z wyrachowania, zaliczyłem tekst do kategorii: słabe. Z kolei Michael Swanwick przedstawił w „Martwych” pomysł na zombie bliższy bardziej science fiction i nie skupiał się na psychologizowaniu. Trochę szkoda, że tekst był krótki, bo pomysł domagał się dłuższej formy. W związku z tym mam poczucie niedosytu.
W drugiej kategorii zwrócić uwagę należy na opowiadanie „Jagannath” Karin Tidbeck. Jest ono przykładem na to, jak bardzo zrobiłem się „głodny” fantastyki europejskiej, a konkretnie nordyckiej. Szkoda, wielka szkoda, że nie ma u nas tłumaczy i (chyba) zapotrzebowanie na taką fantastykę nie-anglosaską i nie-rosyjską. Choć, sądząc po opowiadaniu Karin Tidbeck, zapotrzebowanie może by się znalazło, gdyby wpierw znaleźli się tłumacze. Tekst nie jest długi, nie jest nawet jakoś szczególnie obfitujący w fabułę. Ale ma w sobie „to coś”. Mimo że fabularnie niewiele się działo, to po jego lekturze miałem wrażenie obcowania z autorką, która zasługuje na wyróżnienie i docenienie. Zresztą, już została doceniona, o czym czytelnik może przekonać się w nocie M. Obarskiego o autorce. Z kolei „Broń promieniowa – love story” to historia tytułowej broni opowiedziana z humorem poprzez pryzmat losów bohatera (czy bohaterów), którzy się z nią stykają. Lekka, bezpretensjonalna, przyjemna opowiastka, które nie udaje czegoś, czym nie jest. Co do „Lotnego” Marca Laidlawa, to nie wiem co myśleć o tym opowiadaniu. Podobnie, jak „Szczęśliwego człowieka” zaliczyłem do słabych warunkowo, tak „Lotnego” zaliczam do dobrych też na próbę. Może przy następnej lekturze zmienię zdanie, ponieważ tekst jest dosyć ponury, niepokojący, ale pozostawiający z uczuciem niedosytu, z tajemnicą. Ale nie jestem pewien, czy to naprawdę tajemnica, czy autor po prostu nie wiedział, jak opowiadanie zakończyć. Łatwiejsze w ocenie były opowiadania Carda i Kessela. Orson Scott Card napisał coś w rodzaju fan fiction – akcja opowiadania dzieje się w Fundacyjnym uniwersum (lepiej tego nazwać się nie da) Isaaca Asimova i ma bliski związek z Fundacją i Harim Seldonem. Myślę, że nikt nie będzie rozczarowany. W przypadku Kessela i jego „Wielkiego marzenia” – zadowoleni powinni być miłośnicy czarnego kryminału, bo jednym z bohaterów tego tekstu jest Raymond Chandler. Wprawdzie fan fiction to nie jest, ale sporo w nim innych nawiązań do twórczości klasyka – począwszy od tytułu opowiadania nawiązującego do „The Big Sleep”.
I na koniec zostało to, co w "Krokach w nieznane 2013" najlepsze. Czyli opowiadanie K. J. Parkera „Mapy zostawmy innym”, „Nowa dusza cesarza” Brandona Sandersona i „Sierżant Chip” Bradleya Dentona. Dwa pierwsze teksty to stricte fantasy. K.J. Parker wydaną w Polsce powieścią udowodnił, że jest pisarzem zasługującym na uwagę i uznanie. W zasadzie „Mapy zostawmy innym” chyba można traktować jak mini-powieść. Fabuła jest rozbudowana i bardzo wciągająca, a koncentrująca się na poszukiwaniu na pół-mitycznej krainy. Ktoś już tam był – przywiózł stamtąd fortunę. Jednak nie zdradził położenia, ani nie zostawił mapy na wypadek śmierci. Brak mapy okazał się problemem przez długie lata. Aż w końcu... Opowiadanie podszyte jest ironią, ale ciepłą, sympatyczną i pozostaje historią kompletną. Mimo pewnej liniowości fabuły (co nie jest przecież wadą) wplecione są w nią wątki poboczne, jak np. rywalizacja dwóch naukowców, historia wzlotu i upadku kompanii handlowej (było to już w „Nożu”). Zatem czytając opowiadanie ma się wrażenie obcowania z powieścią, bogatą i nasyconą wątkami. Moim zdaniem – jest to przykład mistrzostwa, jeśli chodzi o kunszt tworzenia takich opowieści. Podobne wrażenia miałem w związku z „Nową duszą cesarza” Brandona Sandersona. Autor ten po raz kolejny (po „Siewcy Wojny” i znakomitym zakończeniu za Roberta Jordana cyklu „Koło Czasu”) udowodnił mi, że jest zdolnym, dojrzałym twórcą. Główna bohaterka, która jest Fałszerką stojącą w obliczu największego wyzwania w jej zawodowym życiu, nie jest postacią skomplikowaną, ale budzi sympatię. Choć to opowiadanie jest nieco słabsze od utworu K.J. Parker (ponieważ nie ma takiego rozmachu), to stawiam je na równi z nim, gdyż jest opowieścią kompletną i bogatą, mimo ściślejszego niż u K.J. Parker skupienia się na jednym wątku. „Sierżant Chip” Bradleya Dentona jest historią wojny opowiedzianej z perspektywy psa bojowego. Choć to zwierzę „ulepszone” i trenowane do zabijania, nie jest pozbawione uczuć, co autorowi, w sposób momentami poruszający, udało się przekonująco przedstawić. Stwierdzenie, że zwierzę w tym opowiadaniu staje się bardziej ludzkie niż człowiek, wydaje się trafione. Perspektywa psa (nawet żołnierza-zabójcy) pozwala dostrzec człowieka, który jest w swoim okrucieństwie bardziej przerażający niż „ulepszony” pies bojowy.
Zapewne wielu czytelników nie podzieli moich zachwytów i krytyki odnośnie opowiadań z tej antologii. Ale myślę, że w kilku punktach nasze oceny się pokryją. Z pewnością zaś nie będzie wątpliwości, iż „Kroki w nieznane 2013” to bardzo udana antologia, która wciąż nie obniża lotów. Za co należą się podziękowania nie tyle autorom opowiadań, co redaktorowi, który dokonał ich wyboru. I wydawcy, że w serię wierzy.
„Święto fantastyki” - Aleksander Kusz (Szortal.com)
Podsumowując, naprawdę dobra pozycja, jedno z lepszych Kroków w nieznane po reaktywacji. Nie piszę, że jedna z lepszych antologii, bo to byłoby głupie, to jest wiadome samo z siebie. Jeżeli chcecie przeżyć święto fantastyki, tak samo jak ja przeżyłem, to sięgnijcie, naprawdę warto! więcej >>
„Kroki w nieznane. Almanach fantastyki 2013” - Maciej Rybicki (Fantasta.pl i rybieudka.blogspot.com)
(...) Muszę stwierdzić, że Kroki w nieznane 2013 są zbiorem udanym przede wszystkim za sprawą tekstów w konwencji fantasy. Nowele Parker(a?) i Sandersona zdecydowanie wybijają się na tle pozostałych tekstów, jednak biorąc pod uwagę fakt, iż stanowią przeszło jedną trzecią objętości antologii jest to aż nadto, by uznać tegoroczną odsłonę za godną polecenia. Tym bardziej, że jej lektura stanowi okazję do zapoznania się z tekstami pisarzy niepublikowanych w Polsce zbyt często. To także niewątpliwy plus tej książki – sięganie do nowych źródeł, przypominanie tekstów starszych, choć wpisujących się w trendy panujące we współczesnej fantastyce. więcej >>
Tom 82012
„Prawie w ogóle nie o robotach” - dorsz (Biblionetka.pl)
Doskonały zbiór, w którym bardzo różnorodne opowiadania ze sobą ciekawie współbrzmią, tworząc skończoną całość, co jest wyłączną zasługą redaktora Mirka Obarskiego. Zaczyna się mocnym uderzeniem Roberta Shearmana „Wrzawa śmiertelnych”. To opowiadanie, które obowiązkowo powinni przeczytać ci, którzy fantastyki się z zasady boją i mają ją za „coś o robotach i mieczach laserowych”. Tu jest tylko jeden element fantastyczny, za to zostajemy dwa razy zaskoczeni rozwojem akcji, a zakończenie też jest znakomite. Nie mogę o tym opowiadaniu napisać niczego konkretnego, aby nie odbierać przyjemności z lektury. Podobnie jest z kolejnym, „Żywicielami” Zołotki, któremu zdradzenie pomysłu odebrałoby cały suspens. więcej >>
Antologia Kroki w nieznane – Tymoteusz „Shadowmage" Wronka (Katedra.nast.pl)
Ósmy tom reaktywowanych przez Solaris „Kroków w nieznane” pozostawia ambiwalentne uczucia. To nadal garść interesującej prozy zagranicznej, ale do najlepszych części antologii sporo mu brakuje: debiutanci nie zawsze spełniają pokładane w nich nadzieje, a znanym nazwiskom zdarza się zaprezentować teksty odległe od ich największych dokonań.
Coraz częściej można spotkać się z opinią, że scena krótkiej formy na Zachodzie przeżywa kryzys: rzadko pojawiają się opowiadania wybitne, ze świeżymi pomysłami. W Polsce, będąc niejako na uboczu, trudniej to dostrzec – wszak (przynajmniej teoretycznie) docierają do nas wyselekcjonowane i najlepsze teksty. Gdy jednak w uznanej marce, jaką są „Kroki w nieznane”, pojawia się nie jedno, nie dwa, ale kilka słabszych tekstów, to coś musi być na rzeczy. W tomie z 2012 roku na czytelników czeka jedenaście tekstów, zarówno krótkich, jak i o rozmiarach noweli czy wręcz mikropowieści. Przeczytać można opowiadania starych (i nieco młodszych) mistrzów, którzy cieszą się uznaniem w naszym kraju, ale także można zapoznać się z twórczością autorów w naszym kraju nieznanych.
Zacznijmy od tych pierwszych, wśród których najsłynniejsza jest Ursula K. Le Guin. Osoby znające dobrze jej twórczość nie będą zaskoczone „Rybakiem z Morza Śródlądowego”, w którym autorka przenosi nas po raz kolejny do świata Ekumeny. Podobnie jak w opowiadaniach z „Urodzin świata” kluczem jest eksperymentowanie ze strukturą społeczną, tym razem podlaną dodatkowo klasycznym motywem dla science fiction. Jakim? To już by było zdradzenie puenty. Mimo wykorzystania znanych rozwiązań oraz dość łatwej do przejrzenia dwupoziomowej konstrukcji, jest to jedno z ciekawszych opowiadań w zbiorze i osoby mające słabość do twórczości Le Guin z pewnością się nie rozczarują.
Również Dan Simmons wykorzystuje charakterystyczne dla siebie wątki, łącząc historyczne tło z inspiracją poezją, a następnie doprawiając to elementem fantastycznym. O ile poezja okopowa połączona z pamiętnikiem oficera podczas I wojny światowej buduje świetny klimat, to wątek fantastyczny mający dodatkowo podkreślić wymowę utworu, sprawia wrażenie dość pretekstowego. W wojenne i historyczne tony uderza również Bradley Denton. „Orzeł adacki” jest kryminalną opowieścią dziejącą się podczas II wojny światowej na Aleutach. Tekst, mający w założeniach być grą z biografią autora „Sokoła maltańskiego”, okazuje się jednak dość nużącą opowieścią bez nastroju i suspensu, tak koniecznych przy tego rodzaju prozie.
Wracając do sław: dość krótki tekst serwuje czytelnikom Ted Chiang. W dodatku brakuje mu polotu, oryginalności obecnej w tak wielu innych jego opowiadaniach. Wydaje się, że można to złożyć na karb tego, iż „Automatyczna Niania Dacy’ego” jest jakby wyrwana z dość specyficznej antologii „The Thackery T. Lambshead Cabinet of Curiosities”. Utwór przyjemny, ale nic ponadto. Lepszy jest również tekst Neila Gaimana, który traktuje o pszczelej pasji emerytowanego Sherlocka Holmesa, co prowadzi do dość niespodziewanych – i fantastycznych – konsekwencji.
Jednym z ciekawszych, chociaż opartym na dość prostym pomyśle, jest „Wrzawa śmiertelnych”. Robertowi Shearmanowi udało się jednakże przekuć go na intrygującą historię trzymającą w niepewności do ostatnich zdań. Coś podobnego, chociaż z mniejszym powodzeniem, starał się osiągnąć Dylan Horrocks. Niemniej i w „Steam Girl” można doszukać się pewnego dramatyzmu i gry z czytelnikiem, a interpretacja opowiadania zależy w dużej mierze od tego, czy uwierzycie w opowieść tytułowej bohaterki.
Najsłabszym tekstem jest „Otwórz oczy” Paula Jessupa: reklamowany jako surrealistyczna space opera. W tej etykiecie bez wątpienia coś jest, ale efekt końcowy okazuje się męczący. Autor żongluje starymi i (względnie) nowymi pomysłami i stara się zbudować psychologię bytów nie w pełni ludzkich. Próbuje to zrobić w nowatorski sposób, lecz w pogoni za innością gubi gdzieś sens. Czasem lepiej powściągnąć aspiracje i napisać tekst krótszy, prostszy, ale też bardziej spójny: tak uczyniła Suzanne Church w „Dołącz, całuj, leć”. Jej wizja świata z legalnymi narkotykami nie jest zbyt oryginalna, ale udaje się w niej zawrzeć ładunek emocjonalny.
W antologii znalazło się miejsce dla dwóch przedstawicieli literatury nieanglojęzycznej. „Żywiciele” Aleksandra Zołotki są chyba najbardziej emocjonalnym opowiadaniem w antologii, mimo dość prostego punktu wyjściowego i tematyki obecnej w literaturze od lat. Słabiej wypada „Lotnik i dziewczyna” Olgi Onojko: dwuczęściowa historia mieszająca fantazję z rzeczywistości. Jednakże znane z pierwszej części malownicze realia samolotowych lotów międzyplanetarnych przez przestrzeń wypełnioną eterem zestawione z naszymi (nieco wzbogaconymi) realiami w części drugiej dają efekt dość sztuczny, nawet biorąc pod uwagę zamysł fabularny całości.
„Krokom w nieznane 2012” zabrakło iskry... albo opowiadania, które by porwało i trwale wryło się w pamięć, zacierając przy tym mniej korzystne wrażenie wywołane przez kilka innych tekstów. Biorąc pod uwagę, że najbardziej męczące były teksty długie (np. Jessup, Denton), ogólne wrażenia z lektury zbioru są dość ambiwalentne, nawet mimo kilku interesujących opowiadań. Oby za rok było lepiej.
Tom 72011
„Gatunkowy miszmasz” - Bartłomiej „baczko” Łopatka
Kroki w nieznane są marką, która gwarantuje dość wysoką jakość, a kojarzy się głównie z najciekawszymi opowiadaniami science fiction. Jednak w tym roku redaktor antologii, Mirek Obarski, postawił na różnorodność – wymieszał fantasy z horrorem i dodał ledwie szczyptę fantastyki naukowej. Ta ostatnia jest jednym z najmocniejszych elementów zbioru. (...) Mirek Obarski przeniósł środek ciężkości z science fiction na inne rodzaje fantastyki i zrobił to świetnie, gdyż teksty są urozmaicone i na dość wysokim poziomie, brak w nich też wpadek jakościowych. Różnorodność Kroków w nieznane jest ich siłą. więcej >>
„Kroki w nieznane 2011” - zicocu
Jak ocenić najnowsze Kroki w nieznane? Znajdują się tu trzy teksty, których lektura jest obowiązkiem dla każdego miłośnika fantastyki (Błękit i złoto, Prorocze światło, Rozpacz) i sporo naprawdę solidnych opowiadań. Warto przeczytać tę antologię – choćby po to, żeby mieć ogólne pojęcie o tym, co dzieje się w światowej fantastyce. więcej >>
Antologia Kroki w nieznane – Tymoteusz „Shadowmage" Wronka (Katedra.nast.pl)
Nowa edycja „Kroków w nieznane” gości na półkach księgarń już od dobrych kilku lat. Przez ten czas – mimo pewnych zawirowań i zmiany redaktora serii – stała się jednym z ważniejszych tytułów na rynku, a to dzięki wysokiej jakości zamieszczanych w nich tekstów. Tym bardziej na uznanie zasługuje najnowsza edycja, która błyszczy nawet na tle bardzo dobrych poprzedniczek.
„Kroki w nieznane 2011” wyróżniają się przede wszystkim różnorodnością zamieszczonych opowiadań. Wybór Mirka Obarskiego padł na utwory z niemal wszystkich podgatunków fantastyki, więc wielbiciele science fiction, fantasy czy horroru znajdą coś dla siebie. Oczywiście ogólna ocena tomu przez zwolenników wyłącznie jednej z powyższych opcji może być zaniżona; wszak tylko kilka tekstów będzie znajdowało się w kręgu ich zainteresowań. Z drugiej strony dla miłośników fantastycznego eklektyzmu, takich jak ja, zeszłoroczna odsłona antologii wydawanej przez Solaris będzie smakowitym kąskiem. Przejdźmy więc do omówienia zawartości zbioru.
Antologię otwiera opowiadanie Dana Simmonsa, który uderza w dosyć nietypowe dla siebie tony, pisząc wariację na temat zombie-apokalipsy. „Tegoroczne zdjęcie klasowe” jest jednakże przewrotnym podejściem do tematu; zarówno w odniesieniu do klasyki konwencji, jak i transformacji zachodzącej już w trakcie samego opowiadania. O ile w opowiadaniu autora „Hyperiona” można doszukać się pewnego komizmu, to zamykający „Kroki...” tekst Jurija Nesterienko zgodnie ze swoim tytułem („Rozpacz”) nie pozostawia najmniejszej szansy na choćby cień uśmiechu. Opowiadanie to utrzymane w konwencji horroru science fiction, pełne makabry, pozostawia silne wrażenie, mimo dosyć liniowej fabuły, przypominającej niektóre z klimatycznych gier komputerowych. Ten (ewentualny) mankament rekompensuje niesamowity nastrój utworu i mocna końcówka, dzięki którym jest to jeden z najbardziej wyrazistych punktów w zbiorze.
Nieco lżejsze, ale również przygnębiające, jest opowiadanie Mercurio D. Rivery, w którym przejawiają się echa licznych obaw dotyczących odmiennych grup etnicznych w połączeniu z karaibską magią. „Twoje cierpienie nas ochroni”, choć krótkie, nie pozostawia czytelnika obojętnym. Do rodzaju prozy, którą promował poprzedni redaktor serii (czyli Konrad Walewski), można oprócz opowiadania Rivery zaliczyć również tekst Willa Ludwigsena. Opowiadanie bazujące na podobnym pomyśle, co „Dom spotyka chłopca” Krzysztofa Kochańskiego, jest interesujące, ale jednak jego lektura pozostawia pewien niedosyt: mam wrażenie, że „Pamięci będącej czymś jak dom” zabrakło mocniejszego zakończenia.
W antologii nieliczne są opowiadania o humorystycznym, czy chociaż optymistycznym wydźwięku; przeważają raczej utwory melancholijne, pesymistyczne lub, w najlepszym przypadku, o słodko-gorzkiej wymowie. Przykładem tego ostatniego może być „Superbohater Trzeciej Kategorii” Charlesa Yu – opowiadanie w wymowie bardzo podobne do „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie”. Tym razem amerykański autor w nieco komiksowej konwencji (przywołującej jednocześnie „Wild Cards” redagowane przez George’a R.R. Martina i „X-menów”) dekonstruuje mit postaci o nadprzyrodzonych zdolnościach. Początek wydaje się zabawny, końcówka już niekoniecznie. Zupełnie inaczej ma się sprawa z jedynym czystym tekstem fantasy w „Krokach...”, czyli „Błękicie i złocie” K.J. Parker (albo Parkera, bo płeć tego autora jest nieznana). W opowiadaniu tym pierwszoosobowy narrator zwodzi czytelnika, a całość okrasza ciętym humorem. Jest to jeden z ciekawszych i ożywczych tekstów w zbiorze, odbiegający od zgranych szablonów w fantasy.
Skoro już mowa o gatunku kojarzącym się z elfami, to warto wspomnieć o „Stereogramie Szarego Fortu” Paula M. Bergera. Chociaż pojawia się tam ta rasa, to opowiadanie ma kontekst niekojarzący się z pobratymcami Legolasa. Jest to opowiadanie ciekawe, przede wszystkim ze względu na przełamanie konwencji... a pod pewnymi względami można je traktować wręcz jako science fiction. Takich dylematów nie ma przy utworze Tony’ego Pi, który napisał sensacyjną fabułę z nieśmiertelnymi w tle, która wydaje się wariacją na temat tak popularnych obecnie w popkulturze wampirów. „Przynęta doskonała” jest najbardziej rozrywkowym tekstem w „Krokach...” pokazując, że konwencje i motywy wykorzystywane ponad miarę można nadal pisać w sposób zajmujący. W klimatach urban fantasy jest też utrzymane opowiadanie Mariny i Siergieja Diaczenków. Ukraińscy pisarze stworzyli wizję świata, w którym tylko nieliczne postacie odgrywają kluczowe role; bohaterka opowiadania została obsadzona w drugoplanowej kreacji – gdy się o tym orientuje, postanawia to zmienić. Chociaż sam pomysł jest interesujący, to wykonanie do niego nie przekonuje, co sprawia, że jest to w mojej opinii najsłabszy tekst w antologii, chociaż nadal trzyma niezły poziom.
Przy okazji słabszych tekstów: wypada wspomnieć o „Palimpseście”. Być może jest to osobnicza cecha niżej podpisanego, ale do opowiadań bazujących na grze z liniami czasowymi podchodzę z dużym sceptycyzmem. Charles Stross (trochę jak Paweł Majka w „Oku cyklonu” z „Nowe idzie”) łączy podróże w czasie z wieloświatem. Wizja szkockiego autora jest interesująca, ale nieco się w szwach rozchodzi. Zupełnie inaczej odbiera się tekst Teda Kosmatki, który stworzył science fiction w nieco starym stylu, wychodząc od pomysłu opartego na teorii naukowej, by później na jego kanwie oprzeć fabułę. „Prorocze światło”, należące do największych atutów „Kroków...”, łączy w sobie naukowe podstawy z grą emocjami, co sprawia, iż tekst jest wart uwagi nie tylko dla zwolenników science fiction w archaicznym wydaniu.
Najnowsze „Kroki w nieznane” to jedenaście opowiadań, z których żadnego nie można określić mianem przeciętnego czy słabego. Nawet te dwa czy trzy teksty, które oceniam jako słabsze, trzymają dobry poziom. Z drugiej strony, może poza Parker(em), Nesterienko i Kosmatką nie ma utworów oszałamiających – niemniej, dzięki różnorodności, przekrojowości i trafianiu w różne nuty – jest to zbiór niezwykle interesujący. Okazuje się, że mimo istniejącego podobno kryzysu krótkiej formy w zachodniej fantastyce1) (wszak tylko dwa opowiadania są autorstwa autorów ze „Wschodu”) nadal można znaleźć ciekawe i intrygujące teksty.
1) Większość opowiadań jest z lat 2008-2010, tylko teksty Yu i Simmonsa są z wcześniejszego okresu.
Tom 62010
„Kroki w nieznane. Almanach fantastyki 2010” – Maciej Rybicki (rybieudka.blogspot.com)
Jak słusznie zauważył to w przedmowie Mirek Obarski współczesna fantastyka to przede wszystkim literatura pomysłu. Ich tu zdecydowanie nie brakuje. Ale oprócz pomysłów jest tu też sporo ciekawej refleksji i wątków, które coraz rzadziej są przez pisarzy-fantastów podejmowane, jak konsekwencje rozwoju technologii, odpowiedzialność człowieka, czy granice tego co znamy. Cieszy zatem fakt, że wśród coraz większej ilości fantastyki czysto rozrywkowej, opierającej się na prostych schematach, łatwych fabułach i nikłej ilości treści niekoniecznie wypowiadanych explicite pojawiają się takie zbiory jak Kroki w nieznane. Bo to nie tylko doskonała literatura, ale i materiał do przemyśleń i długich, nocnych rozmów… więcej >>
„Jedenaście kroków” (jareckr.blox.pl)
(...) Pierwsza myśl, nasuwająca się po przeczytaniu? Antologia to propozycja bardzo solidna, imponująca – tak jak „Rakietowe szlaki” – sporą rozpiętością tematyczną tekstów; właściwie jedynym wspólnym dla nich mianownikiem jest to, że wszystkie mieszczą się w szerokich ramach literatury fantastycznej. Watts, Stross, McDonald, MacLeod, Chiang – nazwiska mówią same za siebie, ale co takiego z twórczości współczesnych gwiazd fantastyki trafiło do zbioru? więcej>>
„Kroki w nieznane: Almanach fantastyki 2010” (goodreads.com)
Szósty tom corocznego almanachu światowej fantastyki. Ten przewodnik po współczesnej fantastyce cieszy się olbrzymim wzięciem czytelników nie tylko zainteresowanych tym gatunkiem. Przyczyną tego jest fakt umieszczania w almanachu kapitalnych opowiadań i nowel SF. Wszystkie są nagradzane, nominowane do nagród, wychwalane w sieci i w prasie. To są teksty, o których się na świecie dyskutuje i tłumaczy na wiele języków. więcej >>
„Kroki na znanych wodach” – Tymoteusz „Shadowmage” Wronka (Katedra.nast.pl i Shadowmage.nast.pl)
Tegoroczne wydanie „Kroków w nieznane”, jedynej na rynku cyklicznej antologii zagranicznej prozy, przyciąga nie ilością tekstów (tylko jedenaście, najmniej od czasu reaktywacji), a ich obszernością. W dodatku w wyborze Mirka Obarskiego pojawiły się w przeważającej liczbie utwory autorów znanych i cenionych. Tym razem więc obyło się bez tytułowej wyprawy w nieznane, gdyż debiutantów na naszym rynku jest w zbiorze bardzo niewielu; natomiast bardziej znani autorzy, może poza Charlesem Strossem i Ianem R. MacLeodem, realizują się w konwencjach dosyć typowych dla ich twórczości – co oczywiście nie należy rozpatrywać w kategoriach zarzutu. Autorzy, zarówno znani, jak i debiutanci, poruszają się po znanych i popularnych (i to nie tylko ostatnimi czasy) tematach, takich jak religia, genetyka czy robotyka, a życia tekstom dodają uczucia wykwitające w nawet najbardziej nietypowych miejscach.
Do nowych twarzy, nieznanych jeszcze w Polsce, zaliczyć należy Felicity Shoulders, Willa McIntosha oraz Julię Zonis, jedyną w wyborze reprezentantkę wschodniej prozy. Teksty całej trójki wypadły zupełnie nieźle, chociaż w ich przypadku nie może być mowy o oszałamiającym debiucie; jeżeli zaprezentowane teksty stanowią reprezentatywny przykład ich twórczości, nie wróżę im zdobycia polskiego czytelnika. Największe szanse ma chyba Shoulders, która w praktycznie niefantastycznej (zresztą nie ona jedna balansuje na krawędzi gatunków) „Warunkowej miłości” tworzy ciekawą mieszankę etyki i uczuć. Przyjemnie czyta się również „Mrożoną pannę młodą” McIntosha (nieodparcie kojarzącą się z filmem Burtona), która to, mimo dosyć zabawnego tytułu, jest tekstem całkiem poważnym i pomysłowym, chociaż nieco pozbawionym zębów; a potencjał ku temu był. Wydaje się, że liczne wyróżnienia, jakie zebrało opowiadanie, były nieco na wyrost. Najsłabiej z debiutantów wypadła Zonis z „Me-gi-do”, w którym nie do końca udało się autorkce powiązać poszczególne elementy fabularno-scenograficzne, przez co tekst sprawia wrażenie z jednej strony przeładowanego, a z drugiej nieco pozbawionego literackiego mięsa.
Jak zostało wyżej wspomniane, w nieco nietypowej roli zaprezentował się Stross nowelą „Betonowa dżungla” z nieznanego do tej pory w Polsce cyklu „Pralnia”. Jest to swego rodzaju urban fantasy ze szpiegowską, sensacyjną fabułą, podlaną humorem. Stross krzyżuje „Na tropie jednorożca” Mike’a Resnicka z przygodami Jamesa Bonda, ale efekt jest raczej przeciętny; twarde science fiction wychodzi mu znacznie lepiej. Dla odmiany MacLeod bez problemu odnalazł się w realiach II wojny światowej i stworzył bardzo dobre (i, w zależności od punktu widzenia, niefantastyczne) opowiadanie o ścieraniu się szczęścia i pecha, pod postacią pilota RAFu oraz dziewczyny pracującej w bazie lotniczej.
Jedynym ukłonem w stronę konwencji horroru w antologii jest opowiadanie Petera Wattsa „Rzeczy”. Czytelnik odnajdzie tu znane chociażby ze „Ślepowidzenia” elementy (np. podbudowa naukowa z dziedziny biologii), ale genezy fabuły należy upatrywać gdzie indziej. Autor przerabia film „Coś”, tworząc narrację z punktu widzenia kosmicznego przybysza. Po raz kolejny Watts stara się zaprezentować obcą psychikę i biologię. Efekt nie jest tak oszałamiający, jak w przywołanej powyżej powieści, ale udany.
Nowela innego pisarza znanego z „Uczty Wyobraźni” – Iana McDonalda – również nawiązuje, tym razem bezpośrednio, do opublikowanej w serii powieści. „Wisznu w Kocim Cyrku” nie dość, że dzieje się w tym samym świecie co „Rzeka bogów” (podobnie jak opublikowane w „Krokach w nieznane 2009” opowiadanie „Mała bogini”), to dodatkowo stanowi jego dopełnienie, a także kontynuację niektórych wątków. Na szczęście tekst uderza w inne tony, więc nie ma mowy o serwowaniu po raz kolejny tego samego dania.
W poprzednim tomie zostało opublikowane również opowiadanie Rachel Swirsky „Zaślubiny ze słońcem”, traktowało o niedopasowanej miłości... zamieszczone w tegorocznej edycji „Eros, filie, agape” poniekąd również traktuje o tej tematyce, w sposób jednakże znacznie bogatszy i poważniejszy; finalna konkluzja jest jednakże inna, a całość sprawia znacznie silniejsze wrażenie, mimo dosyć banalnych założeń wejściowych.
„Boże napędy” Johna Scalziego można zakwalifikować jako space operę, chociaż trochę nietypową; na pewno bardziej oryginalną niż powieściowy cykl tego autora, rozpoczynający się od „Wojny starego człowieka”. Jest to również jeden z najbardziej rozrywkowych tekstów w antologii. Dla odmiany „Boża Maszyneria” Teda Kosmatki to jeden z bardziej poważnych utworów zbioru, poruszający kwestie związane z etyką nauki i więzami rodzinnymi. Być może tekst nie działa tak silnie na czytelnika jak dwa wcześniejsze opowiadania Kosmatki opublikowane w „Krokach w nieznane”, ale pozostaje w pamięci.
Ostatnim tekstem w antologii jest nowela „Cykl życia oprogramowania” Teda Chianga. Wychodząc od prostego pomysłu, wcale zresztą nienowego, autor potrafi stworzyć wciągającą i porywającą historię. Prawdopodobnie u podstaw pomysłu leżała popularność tamagotchi i innych elektronicznych zwierzątek, ale Chiang pociągnął historię dalej, wykraczając poza te zjawiska. Jest to świetnie napisany i pełen celnych spostrzeżeń utwór.
W przedmowie Obarski wysnuwa tezę, iż dobrze się stało, że fantastyka wróciła z kosmosu na Ziemię, zajmując się sprawami dotyczącymi człowieka. Bez wątpienia ma rację, ale w swych poszukiwaniach opowiadań potwierdzających tezę zabrnął za daleko, prezentując opowiadania w dużej mierze powtarzające problematykę i ujęcia obecne w fantastyce od lat, na długo przed przywoływanym powrotem z gwiazd. Dlatego „Kroki w nieznane 2010” oferują przede wszystkim żeglugę po spokojnych, dobrze znanych wodach, bez większych wzburzeń. Lektura antologii przynosi zadowolenie, ale brakuje jej tej odrobiny pikanterii, która towarzyszy odkrywaniu nieznanego. Było to zauważalne w poprzednim tomie redagowanym przez Obarskiego, ale tym razem zabrakło też nieco różnorodności.
Tom 52009
Rozmawiają na temat 5. tomu antologii w „Creatio Fantastica” Jakub Nowak i Andrzej Miszczak.
- Miszczak & Nowak o piątej edycji Kroków w nieznane
Jakub Nowak: Kroki w nieznane 2009: reaktywowanej jakiś czas temu antologii odsłona piąta. I jednocześnie druga – to drugi tom pod redakcją Mirka Obarskiego. Jak pamiętamy, przed rokiem było w porządku, choć treściowo i formalnie raczej zachowawczo. A teraz? Ciekawie jest już na pierwszy rzut oka – drużyna zebrana przez selekcjonera Obarskiego robi wrażenie: starzy wyjadacze i młodzi zdolni, m.in. Kress, McDonald, Silverberg, Willis, Egan, Kosmatka i Bacigalupi. Ale, jak głosi stare (i mądre) piłkarskie powiedzenie, to nie nazwiska grają, ale ludzie. Jak tym razem poradził sobie team Solarisu? Andrzej Miszczak: Zabawne, że używasz terminologii piłkarskiej, bo sam taką chciałem właśnie się posłużyć. Mam bowiem takie skojarzenie, może fajne, może nie, ale nieodparcie nasunęło mi się po skończonej lekturze tomu. Mianowicie, w lutym piłkarska kadra często jeździ na ekstrawaganckie tournée, a to do Azji, a to do Ameryki. Sens takich wypadów jest często kontestowany, ale trenerzy bronią ich jak niepodległości. Jakieś gwiazdy niby w tej kadrze się znajdują, ale że pora zimowa, są one w formie delikatnie mówiąc średniej. No właśnie, czytając nową edycję Kroków w nieznane nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w tomie też są gwiazdy, ale w formie dalekiej od optymalnej. JN: Wymyśliłem sobie – nie wiem, czy nie zbyt wysilony – punkt wyjścia dla tej rozmowy. Wydaje mi się, że jest pewien ciekawy wspólny mianownik dla, jeśli nie całości książki, to przynajmniej dla sporej jej części. Po pierwsze: duża liczba tekstów w zbiorze to opowiadania oparte na kapitalnych pomysłach. A pomysł – wiadomo: w fantastyce często kluczowy, szczególnie w opowiadaniach, gdzie mniej miejsca jest, by się rozpędzić z fabułą czy kreacją bohatera(ów). W krótkiej formie nie ma czasu na długie podchody, trzeba się streszczać, by z czytelnikiem dać sobie radę, toteż autor (wiem, wiem, nie każdy, nie zawsze) próbuje trafić czytelnika lewym prostym konceptu, stara się szybko rozłożyć go na łopatki, mieszcząc się w tych kilkudziesięciu tysiącach znaków, z których lepi opowiadanie. Fantastyka to przecież uczta wyobraźni, zatem: smacznego, wyobraźnio, paś się konceptami. I, powtórzę, właśnie na poziomie pomysłów całkiem sporo tekstów w nowych Krokach… wygląda dobrze, albo i lepiej niż dobrze. Choć bywają problemy z ich rozwinięciem, wykorzystaniem. Ale nie uprzedzajmy faktów. AM: Pomysł jest ważny, ale i z najlepszego pomysłu autor-lebiega nie wyciągnie wiele... JN: Przyjrzyjmy się bliżej tekstom. Weźmy Proroka z wyspy Flores Teda Kosmatki, autora Śmiercionautów, najjaśniejszego punktu zeszłorocznych Kroków… (choć biorąc pod uwagę nastrój opowiadania słowo „najjaśniejszy” niezbyt do niego pasuje). Fabuła opowiadania osadzona jest w alternatywnej rzeczywistości, w której kreacjonizm, niedarwinowska ewolucja stanowi dominujący paradygmat w postrzeganiu rozwoju świata. Koncept świetny – inteligentny, dający wiele możliwości, jednak totalnie niewykorzystany. Autor marnuje go, bo się śpieszy: na przemian referuje założenia wymyślonej przez siebie rzeczywistości i fabularyzuje ją podsuwając czytelnikowi kolejne sceny, nie dbając o tempo, napięcie (choć druga część tekstu to w zamierzeniach autora rzecz sensacyjno-przygodowa) czy logikę rozwiązań fabularnych (kuriozalny pomysł głównego bohatera na skrytkę). Czyli odwrotnie niż w opowiadaniu Kosmatki sprzed roku – tam fabuły było na lekarstwo, rządził niesamowity nastrój, dojmujący, dołujący klimat. Tu jest fajny intelektualny punkt wyjścia, niestety, w dużej mierze spalony, bo popsuty fabularnie, rozmyty w słabej niby-przygodówce. AM: Koncept świetny, lecz już niezbyt oryginalny. Chiang z 72 literami, Dukaj, Farmer, te nazwiska nasuwają się, kiedy mówimy o tekstach, w których rzeczywistość świata przedstawionego zdeterminowana jest jakimś światopoglądem, z którego robi się tego świata mechanizm. Ale, rzecz jasna, póki takie zagrania nie zostaną do cna wyeksploatowane, jeszcze przez jakiś czas będą satysfakcjonować. No i skrytka była całkiem niezła... Fakt, byłem lekko zawiedziony po lekturze Proroka..., pamiętając Śmiercionautów, niemniej jednak to sprawnie zrobiona rzecz, choć ten pośpiech, o którym wspomniałeś wpływa na recepcję tekstu. JN: Śpieszyła się też, paradoksalnie, Nancy Kress, w swoim Zbawicielu. Piszę: paradoksalnie, bo to jeden z dłuższych tekstów w antologii. Kress gra motywem kontaktu – na Ziemię trafia „obiekt”, prawdopodobnie statek obcych, ląduje i… tyle, nie ma jakiegokolwiek porozumienia, po prostu trwa, schowany za nieprzeniknioną dla ludzi barierą. Autorka sugeruje, że obiekt czeka. Na co? Rozwiązanie przynosi koniec opowiadania, a przybysz czekać musi naprawdę długo. Kress dzieli bowiem tekst na kilka części, ilustrujące historię Ziemi: jej cywilizacyjny upadek i wygrzebywanie się człowieka ze świata zdemolowanego techno-apokalipsą. I te obrazki są naprawdę interesujące, pełne ciekawych scenografii, chyba ważniejszych niż kolejne fabuły. Tyle że to historia do rozpisania na pięciuset, nie pięćdziesięciu stronach. Opowiadanie sprawia wrażenie konspektu czegoś większego. Jednak trochę szkoda, mimo przyjemności z lektury. AM: Kress dała ciała wstawiając komunikaty kończące poszczególne części opowiadania. One niestety zdradzają, że na coś czekamy. A kiedy zaczynają się harce z nanoreplikatorami wiadomo, że statek czeka na określony poziom technologiczny otoczenia. Stawiałem na jakieś fiku-miku z posthumanizmem, jakąś transformację w byty cyfrowe, ale chodziło o coś nieco innego. Troszkę przeczuwałem jak to się skończy, ale mimo wszystko opowiadanie na tle całości zbioru mieści się spokojnie powyżej średniej. No dobra, ale Ty chciałeś pokazać te znakomite pomysły stojące u źródeł tekstów z tegorocznych Kroków.... Słucham zatem. JN: John Ballantyne (Nowy rozdział): znów motyw kontaktu (który jest bodaj najczęściej powtarzającym się tematem opowiadań zebranych w Krokach 2009). Ale wymyślony sporo ciekawiej niż u Kress: ludzie chętnie zarażają się od obcych kolejnymi chorobami, bo te poszerzają – na różne sposoby – ich percepcję, dają nowe możliwości. Ale oczywiście musi być coś-za-coś: każda kolejna „choroba” odkształca, wykrzywia człowieka coraz bardziej, wykrzywia i ubezwłasnowolnia. Plus rozpad rodzinnych więzi, oglądamy atrofię związku. Choroby obcych, przekazywane ludziom jakby mimochodem i niby bezinteresownie, metaforą narkotyku? AM: To opowiadanie jest „pasterskie”, chodzi bowiem o podtrzymanie pewnego rodzaju żywego inwentarza... Hm, no może to i nośny pomysł, mam jednak wrażenie, że Polak napisałby to lepiej. Wyobraź sobie korowody z NFZ, który chorobę o nazwie „niebieskie szkło” refunduje w województwie pomorskim, a w śląskim nie. Tam bowiem jako terapie niestandardowe uznawane są te, które leczą z „niezapominajki”. To jest dopiero koncept, w którym można się wyszaleć! Pomysł zatem uważam za niewygrany do końca. JN: Inne dobre pomysły? W antologii zwracają uwagę dwie postmodernistyczne zabawy. Ta lepsza to Duma i Prometeusz Johna Kessela – Jane Austen zremiksowana z Mary Shelley: stylowa zabawa konwencją (czy raczej: konwencjami), urokliwa i dobrze przetłumaczona. I druga, znacznie gorsza, choć oparta na kolejnym świetnym pomyśle. Aleksiej Kaługin w Syndromie Łazarza oddaje głos bohaterowi tytułowemu, zastanawiając się, co mogłoby się z nim dziać po jego powrocie do żywych. Zdecydowanie jeden z najgorszych tekstów w zbiorze, prostacki i łopatologiczny, z tępą, tchórzliwą postacią Jezusa. AM: Kessel jest znakomity. Z kolei tekst Kaługina, będący swoistym apokryfem... Sam nie wiem. Powinien mi się przecież podobać. Jest nutka herezji, szczypta bluźnierstwa, ale całość przyrządzona jest w sposób wysoce niestrawny. To zresztą kolejny przykład nieudanego opowiadania religijnego wyselekcjonowanego przez Mirosława Obarskiego. W zeszłym roku narzekaliśmy na gniota MacLeoda, teraz kolejna klapa. Nie ma selekcjoner ręki do tekstów z religią na pierwszym planie. Zdecydowany minus tego zbioru. JN: Ewidentnie złych opowiadań jest zresztą więcej. Dom Maga Meghan McCarron to bełkotliwa, mętna historia, nafaszerowana Freudowską symboliką i niuejdżowymi motywami – fascynacja dziwacznym magiem jako alegoria (seksualnej?) inicjacji i dojrzewania do dorosłości. I drugi słaby tekst, autorstwa, tu niemiłe zaskoczenie, Connie Willis (Usiądźcie wszyscy wraz). Kolejny raz (i nie ostatni w zbiorze!) o kontakcie z obcymi, tym razem w wersji light. Miało być zabawnie, miło, ciepło i w klimatach bożonarodzeniowych: kolędy, dziecięcy chór występujący w, a jakże, centrum handlowym, mili młodzi bohaterowie, ewidentnie mający się ku sobie i zagadka: czemu kosmici reagują tylko na pewien specyficzny komunikat? Lektura łatwa i przyjemna, której ekranizacja spokojnie mogłaby śmigać w polsatowskiej ramówce w bożonarodzeniowe dopołudnie (Sandra Bullock w roli głównej). Tyle że całość nieśmieszna i nudna. Słabizna. AM: Matko, ale mnie ta Willis zniesmaczyła. Nie wiedziałem czy mam się śmiać, czy płakać. W każdym razie lektura tego tekstu zasiała we mnie zwątpienie, co do zakupu dwutomowej edycji opowiadań Willis, którą właśnie rzucił na rynek Solaris. Kupiłem, ale z drżeniem rąk. I to taki numer mi wywinęła po bardzo dobrym Ostatnim Winnebago z zeszłorocznej edycji. Zresztą, trochę niefajnie to mówić w okolicach 8 marca, ale panie (dla mnie z wyjątkiem Kress, o której powyżej) nie pokazały swoich wszystkich walorów. Kiepściutko to wyszło. Obok tekstu McCarron przeszedłem jakoś obok, w ogóle mnie nie przejęły losy bohaterki, miałem wręcz wrażenie, że chodziło o opisanie jakiegoś takiego fajnego trójkącika, z magiem i panią magową, i nic poza tym. Podobnie kiepskawo oceniam opowiadanie Rachel Swirsky. Ludzie i bogowie razem. No niby powinienem to łyknąć, ale stanęło w gardle. Tekstu Julii Ostapienko w ogóle nie dałem rady skończyć. Błagam o coś fajniejszego ze Wschodu... A jak już o słabościach zbioru to wrzucę tutaj Silverberga. Stary mistrz zawiódł, pokazując nudną i rozciągniętą niepotrzebnie space operową wariację na temat Baśni z 1001 nocy. Nieprzekonujące i nudne, wkurzało już w zbiorze New Space Opera, w którym miało premierę, a tutaj to wrażenie się we mnie jeszcze utrwaliło. Zresztą, to kolejna analogia do zeszłorocznych Kroków... Jak pamiętasz narzekaliśmy tam, że megagwiazda, jaką był Wolfe, zawiódł na całej linii. Tutaj jest podobnie. Chyba największe nazwisko i mocno niesatysfakcjonujący niewypał. Przytoczone przez ciebie na początku piłkarskie powiedzenie, że nazwiska nie grają, pasuje tu znakomicie. JN: Za to naprawdę dobrze wypada w zbiorze fantastyka nieortodoksyjna, ciążąca ku mainstreamowi. Teksty Gustavo Nielsena (Marvin), Howarda Waldropa (Szkaradne kuraki) czy nawet Erica Browna (Przyjęcie pożegnalne) to opowiadania bardziej obyczajowe niż gadżeciarskie, pisane w starym stylu i koncentrujące się na bohaterach. Co ciekawe, wszystkie dzieją się na jakichś peryferiach – szkoła na prowincji, lokalna knajpka albo totalne zadupie gdzieś w stanie Mississippi. Najlepszy z tej trójki jest chyba Waldrop, naprawdę zabawny i jednocześnie najmniej fantastyczny, opisujący pogoń narratora za od dawna wymarłym (?) gatunkiem niespecjalnie urodziwych ptaków. AM: Pełna zgoda. Najsłabszy w tym zestawie wydał mi się Brown, bo przeczuwałem, że ten koleś jest nie do końca w porządku. Znaczy, jedna z postaci „Przyjęcia...”, a nie Brown. Waldrop fajny. Z humorem i świetnym warsztatem można wiele zdziałać. No, a Marvin jest w ogóle przecudny. Kiedy wyobrażałem sobie tytułowego bohatera na motocyklu, to wiesz kogo miałem przed oczami? Pozdrawiamy Cię, Michale... No, ale to takie lajtowe teksty, z peryferii science-fiction, a przecież są w tomie killery z gatunku twardej s-f. JN: No właśnie. Niestety, o tekście Egana (Gloria) nie pogadam. Ma świetny, wystrzałowy początek – efekciarski opis międzygwiezdnej podróży. A potem… trudno powiedzieć, bo w moim egzemplarzu Kroków… brakuje 20 stron, nie mam więc pojęcia jak kończy swój tekst Egan.. Cóż, mówi się trudno. AM: Tak, Egan zaczyna mocarnie. Ale wiemy, że mężczyznę poznaje się itd... Mamy tutaj kontakt dwóch cywilizacji, z których jedna wyprzedza drugą o wiele długości, jednak muszą one połączyć wysiłki w poszukiwaniu śladów prastarej cywilizacji, która przez miliony lat swego istnienia dorobiła się jakiejś arcyzarąbistej matematyki. Na planecie zamieszkanej przez gadziopodobną rasę sytuacja jako żywo przypomina nasz świat z czasów zimnej wojny, która w tamtym świecie jest w przededniu przerodzenia się w otwarty konflikt. Tekst na pewno dobry, ale Luminous z poprzedniej edycji Kroków... podobał mi się bardziej. Nie jest to w każdym razie mój numer jeden tegorocznego tomu... JN: No właśnie. Ja też na koniec zostawiłem moich tegorocznych faworytów. Pierwszy to Mała bogini Iana McDonalda, opowiadanie ze świata powieści Rzeka bogów (wydanej właśnie przez Maga). Opowiadanie, które spokojnie można określić mianem postcyberpunkowego, wczesnogibsonowskiego jeśli chodzi o metodę: autor konsekwentnie ekstrapoluje obecne trendy, umieszcza akcję w ultrastechnicyzowanych Indiach, zderzając ze sobą techno z wielowiekową tradycją, świat władzy i pieniędzy z kulturą ulicy. Plus świetny styl i tempo – McDonald pisze literaturę. A Mała bogini wywołuje apetyt na Rzekę bogów. AM: Wtrącę się, aby w pełni się z tobą zgodzić. Mała bogini jest świetna, a Rzeka bogów już stoi u mnie na półce. Opowiadanie jest dobrze zbalansowane między techno a etno, przez co intryguje settingiem, fascynuje i wsysa czytelnika. JN: Drugie bardzo dobre opowiadanie, może nawet lepsze od tekstu McDonalda to Ludzie piasku i popiołu Paolo Bacigalupiego. W pewien sposób podobne do wspomnianych już wcześniej Śmiercionautów Kosmatki sprzed roku. Głównie ze względu na zimny i jednocześnie mroczny klimat. Fascynująco pokazani postludzie – przerażający, bo zupełnie nieintencjonalnie okrutni wobec spotkanego psa. Mocna rzecz, w której człowiek (?) torturuje mimochodem, przypadkiem albo z ciekawości, długo zupełnie bez świadomości, że zadaje ból czy nieodwołalne fizyczne szkody. Plus dobry zabieg formalny autora, który niemal nieobudowuje fabuły scenografią: żadnych szerokich planów, jedynie zbliżenia na kilkoro bohaterów, na ich cielesne uszkodzenia, bez wysiłku rekonstruowane w przypadku człowieka i zaskakująco (dla bohaterów) trwalsze w przypadku psiego ciała. Klinicznie oszczędna relacja, bez niepotrzebnego psychologizowania. Zimna, wstrząsająca rzecz, mocne, podane na chłodno obrazy, prowokujące do pytania, czy empatia stanowi warunek konieczny dla człowieczeństwa. Rewelacyjna proza i jednocześnie samo sedno science-fiction. AM: Ja to źle zniosłem. Miałem wrażenie, że autor bawi się w zabawę pod tytułem „Co by tu jeszcze pokazać, żeby zilustrować, jak bardzo postludzko-nieludzcy jesteśmy. O, mam! Zjedzmy trochę piachu albo odetnijmy sobie ręce”. Takie epatowanie syfem (post)ludzkim dla samego epatowania. Nie kupiłem tego, w związku z czym, znając dwa teksty Bacigalupiego (drugi to Hazardzista z NF) pytam się, co w nim jest takiego wow, że się go wychwala pod niebiosa niemalże? Dla mnie pozostałe dwa miejsca na pudle biorą Kress i Kosmatka ex aequo z Kesselem. Trzeba by to jakoś podsumować, nieprawdaż? Powiem tak: generalnie kierunek sf-owy jest słuszny. Redaktorze, wydawco, idźcie tą drogą! Mankamentem jest brak dobrej prozy okołoreligijnej. Bo jeśli ma być, to niech będzie staranniej wybrana, podobnie jak część rosyjska. Oceniłbym ten tom troszkę niżej niż zeszłoroczny (który w sumie też ukazał się w 2009 r.), ale i tak warto mieć go w swoich zbiorach. JN: W trakcie lektury miałem mieszane uczucia, złoszcząc się na autorów za niewykorzystywane do końca świetne pomysły. Ale piąta edycja Kroków… chyba nie pasuje jednak do mojej tezy – ten zbiór to sporo więcej niż kronika niewykorzystanych konceptów. O ewidentnych kiksach szybko zapominamy, zostaje kilka naprawdę dobrych opowiadań – te wymienione przez ciebie powyżej plus Bacigalupi, dla mnie jednak najlepszy. Wiem, że momentami efekciarski, ale jednocześnie skuteczny: najbardziej obcy okazali się w piątych Krokach…Ludzie piasku i popiołu. Podsumowując całość (cykliczna formuła antologii sprawia, że tego typu porównania nasuwają się same): nie jest jakoś lepiej, niż rok temu, nie wydaje mi się też, by było gorzej. AM: Pytanie, co dalej, w którym kierunku pójdzie ta inicjatywa. Pytanie zasadne, bo wszystko wskazuje na to, że Kroki w nieznane przestaną być monopolistą w zakresie antologii z zagraniczną prozą na naszym rynku. W zapowiedziach zbiór Powergraphu, no i inicjatywa wydawnictwa Copernicus, który wydało dwie antologie w wyborze George’a Manna. Nie czytałem ich jeszcze, ale konkurencja Solarisowi wyrosła znienacka. Trzeba będzie się naprawdę starać w przyszłości. JN: Plus wydawana przez Powergraph polska edycja Fantasy&ScienceFiction, gdzie za przekłady odpowiada poprzedni redaktor Kroków… Konrad Walewski. Poczekamy, poczytamy, zobaczymy. Powinno być interesująco.
„Kroki w nieznane” - Bartosz „Zicocu” Szczyżański (Polter.pl)
„Nieraz słyszałem utyskiwania na schemat recenzowania antologii tekst po tekście – wydaje mi się, że jest on tak samo męczący dla czytelnika, jak i piszącego, więc staram się go unikać. Jednakże w przypadku „Kroków w nieznane” grzechem byłoby nie poświęcić każdemu opowiadaniu choćby kilku zdań, bo zbiór ten tym różni się od większości antologii, że nie ma tu historii, które pomija się bez szkody dla ogółu.” więcej >>
„Kroki w dobrą stronę” - Tymoteusz „Shadowmage” Wronka (Katedra.nast.pl)
Antologii zagranicznych autorów nie ukazuje się na naszym rynku wiele; ot, kilka tytułów rocznie. W dodatku są to przeważnie tłumaczenia gotowych zbiorów. Na tym tle „Kroki w nieznane” stanowią ewenement, gdyż ich redaktorzy sami wybierają z całego dorobku światowej fantastyki (nieograniczającej się wyłącznie do tekstów anglojęzycznych – choć te, naturalnie, stanowią dominującą większość) pasujące im do koncepcji opowiadania. Tom oznaczony liczbą 2009 jest drugim pod redakcją Mirka Obarskiego i, uprzedzając nieco fakty, w mojej opinii jednym z najlepszych z pięciu dotychczas wydanych.
W zbiorze znajdują się utwory wielu pisarzy znanych już z wcześniejszych „Kroków w nieznane”, co wydaje się słusznym podejściem, biorąc pod uwagę ich ciepłe przyjęcie. Faktycznie, autorzy tacy jak Tony Ballantyne, Greg Egan, Ted Kosmatka czy wreszcie Connie Willis nie zawodzą, prezentując poziom, do którego przyzwyczaili swoich czytelników. Czasem nawet zaskakują, bo na przykład Egan na dobrą sprawę porzuca hard sf, prezentując mieszaninę innych odmian science fiction. Inni, jak na przykład Willis, snują typową dla siebie opowieść (choć, akurat w tym przypadku, nieco przydługą), ukazującą ludzkie charaktery. Znów wyróżnia się Kosmatka, który w historii diametralnie odmiennej od „Śmiercionautów” udowadnia, że obecnie jest jednym z najciekawiej piszących w krótkiej formie autorów fantastyki.
Do „Kroków w nieznane 2009” trafiły również opowiadania autorów wydawanych w naszym kraju, ale do tej pory nie pojawiających się w reaktywowanych „Krokach w nieznane”. Twórczości Roberta Silverberga nie trzeba nikomu przedstawiać; w wybranym do antologii opowiadaniu prezentuje poziom, do którego przyzwyczaja czytelników od dziesiątków lat. Natomiast Nancy Kress snuje rozciągniętą na stulecia historię ludzkości, w swym stylu nawiązując do biotechnologii, lecz na pierwszy plan wysuwając niewesołą refleksję dotyczącą ludzkiej natury. Z młodszej gwardii świetnie wypada Ian McDonald w opowiadaniu osadzonym w realiach „Rzeki bogów”, tworząc gęstą i smutną opowieść. W zupełnie inne tony uderza Paolo Bacigalupi, stwarzając parodię wizji przyszłości... choć odbiorcy podczas lektury wcale nie jest do śmiechu. Na uwagę, szczególnie ze względu na wykonanie, zasługuje tekst Johna Kessela, który dokonuje mariażu twórczości Jane Austen i Mary Shelley. Najsłabiej w tym gronie prezentuje się opowiadanie Gustavo Nielsena; sceneria i wyjściowy pomysł zwracają uwagę, ale przekazowi zabrakło mocy w finale.
Nie obyło się również bez debiutantów; pisarzy nieznanych jeszcze polskiemu czytelnikowi. Co prawda w moim odczuciu żaden z nich nie napisał tekstu przebijającego utwory McDonalda czy Kosmatki, zaprezentowali jednak niezły kunszt literacki. Pisarstwo Meghan McCarron budzi skojarzenia z twórczością Kelly Link, choć brak jej jeszcze umiejętności wyrażania się w tak poetycki sposób jak autorka „Magii dla początkujących”. Julia Ostapienko i Rachel Swirsky, stosując różne punkty wyjściowe i stosując inne narzędzia, piszą jednak w podobnym tonie o niedopasowanej miłości, mieszaninie zaborczości, uczucia i niedopasowania. Aleksiej Kaługin natomiast powraca do jednej z najsilniejszych biblijnych przypowieści, ukazując wskrzeszenie Łazarza nie jako błogosławieństwo, ale jako przekleństwo.
Tematyka opowiadań w tak zróżnicowanym zbiorze również musi być urozmaicona, niemniej jednak wśród zamieszczonych opowiadań da się wychwycić pewne wspólne trendy. O uczuciach i międzyludzkich relacjach już wspominałem. Kilkoro pisarzy (m.in. Eric Brown) nawiązuje do jednego z najstarszych motywów, czyli kontaktu z obcymi (Ballantyne wręcz łączy oba te elementy). Podejścia do tematu są oczywiście różne, jedne poważne, inne humorystyczne. O absurd, choć w zupełnie innych realiach, ociera się także Howard Waldrop, wskrzeszając na chwilę dodo – tekst ten moim zdaniem idealnie pasowałby do antologii redagowanych przez Petera Haininga. Zresztą opowiadań napisanych całkowicie na poważnie w zbiorze nie ma tak znowu wiele; humor, mrugnięcie oka do czytelnika znaleźć można niemal w każdym tekście.
Kolejne edycje reaktywowanych „Kroków w nieznane” ukazują się rokrocznie, co świadczy o potrzebie ukazywania się przekrojowych antologii z utworami pisarzy zagranicznych. W tegorocznym zbiorze być może nie ma opowiadań powodujących konieczność zbierania zębów z podłogi, ale obyło się również bez tekstów słabych czy nawet średnich; nawet we względnie najsłabszych tekstach odnaleźć można jakiś intrygujący fragment, element wyróżniający daną opowieść. Obarskiemu udało się dobrać zestaw tekstów na wyrównanym, wysokim poziomie. Nie są to przeważnie, wbrew nazwie serii, utwory pokazujące nieznane do tej pory oblicza fantastyki, lecz uderzają w różne tony, pokazując zróżnicowanie gatunku. W porównaniu z zeszłoroczną edycją, dosyć jednostronną i przedstawiającą raczej znane od lat tendencje, jest to krok w dobrą stronę – pozostaje tylko czekać na kolejne odsłony tej serii.
Tom 42008
„Kroki w lepiej znane” - Tymoteusz „Shadowmage” Wronka (Katedra.nast.pl)
Czwarty tom reaktywowanej serii antologii „Kroki w nieznane” choć tytularnie jest z 2008 roku, ukazał się na początku 2009. Być może to opóźnienie wynikało ze zmiany redaktora zbioru; po trzech edycjach Konrada Walewskiego zastąpił Mirosław Obarski. Zmiana personalna pociągnęła za sobą również zauważalną woltę w doborze utworów, jakie trafiły do książki. Walewski gustował w utworach z pogranicza fantastyki, Obarski jest w znacznie większej mierze tradycjonalistą. Po „Krokach w nieznane 2008” nie należy się więc spodziewać tekstów nowatorskich. To oczywiście może się podobać lub nie; na przykład Paweł Matuszek1) uczynił z tego faktu główny zarzut. Czy to jednak faktycznie wada? Zależy to przede wszystkim indywidualnych preferencji. Wielbiciele bardziej klasycznej fantastyki (a w szczególności science fiction) zapewne chętniej sięgną po wybór Obarskiego niż Walewskiego.
W antologii znalazły się nie tylko teksty z ostatnich lat i w zasadzie nic w tym złego, niemniej jednak w wyborze wolałbym znaleźć utwory nowsze niż na przykład „Kobieta po przejściach” Bretnora z lat pięćdziesiątych. Również teksty Egana i Willis liczą już sobie ponad dziesięć lat, a i utwór Bułyczowa nie jest pierwszej młodości. Ma to znaczenie szczególnie przy opowiadaniach, które choć pisane z myślą o przyszłości, dzieją się w czasach współczesnych dzisiejszemu czytelnikowi.
Przeważająca większość tekstów w antologii można zaliczyć do szeroko pojętej fantastyki naukowej. Wizje autorów są różne. Wolfe i Reynolds romansują ze space operą, każdy na swój sposób. Van Pelt i Willis tworzą wariacje postapokaliptyczne (choć w przypadku tekstu Willis zagłada spotkała tylko psy). Dosyć interesującą wizję (korporacyjnych?) wojen przyszłości zawarł w swym utworze Tony Ballantyne. Największe wrażenie zrobiło na mnie jednak opowiadanie nieznanego Teda Kosmatki. „Śmiercionauci”, tekst pesymistyczny, gęsty od ponurego nastroju, jest z pewnością ozdobą zbioru. Również Egan w charakterystycznej dla siebie opowieści sprawia korzystne wrażenie, choć tematyka wyższej matematyki jest mi całkowicie obca.
Antologia prezentuje dosyć równy poziom. Nie chciałbym określić go mianem średniego, bo może to powodować lekko pejoratywne skojarzenia, ale faktycznie w zbiorze nie ma ani tekstów wybitnych, ani wyjątkowo słabych. Naturalnie jest kilka, na które warto zwrócić uwagę – choćby Kosmatki, Wolfe’a, Ballantyne’a czy Van Pelta. Jednakże pojawiają się również opowiadania, które nie robią korzystnego wrażenia i czytelnik przechodzi obok nich obojętny. Najbardziej zaskoczył mnie Baxter, który jedynie opowiada na nowo „Ostatni brzeg”, miejscami pozostając zgodnym nawet co do szczegółów. Jednocześnie warto dodać, że Baxterowi nie udało się oddać emocji towarzyszących czytelnikowi w czasie lektury powieści Shute’a. Niepasujący do zbioru, a także dosyć przeciętny jest „Złotousty diabeł” Bułyczowa. Zresztą odniosłem wrażenie, że im bardziej tekst odbiega od twardej SF, tym jest słabszy (na przykład humoreska Bretnora czy opowiadanie Creaseya). Zupełnie jakby redaktor nie czuł konwencji fantasy. Z drugiej strony może to mój osobisty odbiór, wynik powolnego dryfowania gustów coraz dalej od fantasy? Jedynym wyjątkiem od przytoczonej wcześniej zasady jest tekst Abrahama – poprawny, zabawny i sprawnie napisany. Nie zaliczyłbym go do czołowej piątki antologii, ale do lepszej połowy na pewno.
Pozostałe teksty w zbiorze są moim zdaniem pod różnymi względami ułomne, czegoś im zabrakło, by uznać je za bardzo dobre. Rosenkrantz, Lovegrove i MacLeod albo nie wykorzystują do końca pomysłu, albo też bazują na temacie już do cna w fantastyce wyeksploatowanym. Gilman i Gregory stawiają na relacje i przeżycia wewnętrzne bohaterów, zaniedbując początkowy pomysł fabularny.
Po lekturze „Kroków w nieznane 2008” mam nieco ambiwalentne odczucia. Z jednej strony przynajmniej na krótki czas zaspokoiłem głód science fiction napisanej na przyzwoitym poziomie. Z drugiej strony, nawet trzymając się tej konwencji, bez wycieczek na rubieże fantastyki, myślę, że można było się pokusić o wyszukanie świeższych, bardziej frapujących tekstów. „Śmiercionauci” czy w pewnym stopniu „Memorare” to trochę dla mnie za mało. Większość prezentowanych autorów, jak Egan czy Reynolds, nie wykroczyło poza swoją zwyczajową twórczość. Jednakże, gdyby wszystkie opowiadania prezentowały zbliżony do nich poziom, byłbym w pełni usatysfakcjonowany. A tak, choć obyło się bez wpadek, jakie zdarzały się Walewskiemu, to jednak pozostał we mnie mały niedosyt.
1) Recenzja w Nowej Fantastyce 04(319)/2009
„Kroki w znane” - rozmawiają Andrzej Miszczak i Kuba Nowak (Creatio Fantastica)
Lwia część opowiadań zamieszczonych w zbiorze to rzeczy bardzo świeże, które powstały już po 2000 roku. Większość opowiadań mi się podobała, kilka tekstów – jak w poprzednich trzech latach – podobało się bardzo. I właściwie wszystko jedno, czy wrażeń dostarcza mi ponura psychologiczno-obyczajowa historia, mocno osadzona we współczesności (Damaszek), postcyberpunkowa hard SF (Luminous), czy mroczne kosmiczne opowieści (teksty Kosmatki i Reynoldsa). Nieważne co, ważne, by trzepało. więcej >>
„Ręka trzymana na pulsie rzeczywistości” - Rafał Śliwiak (Wirtualna Polska)
Prezentowani w Krokach... autorzy z równym zaangażowaniem zanurzają się w wewnętrzny kosmos człowieka, jak i odległą, międzygwiezdną pustkę. Ukazują usilne próby przekształcania przez homo sapiens zarówno samego siebie, jak i świata wokół – w każdej zresztą skali. Nie boją się zadawać pytań o granice ludzkiego poznania, wolności, wiary, człowieczeństwa, a także naukowej odpowiedzialności i technologicznej ingerencji w życie. Lektura zawierającego siedemnaście oryginalnych tekstów tomu przekonuje nas, że science fiction ma się dobrze i „pogłoski o jej śmierci były mocno przesadzone” – jak powiedziałby Mark Twain. Biorąc pod uwagę nowe zagrożenia i możliwości, wobec których staje człowiek, zapewne będzie się ona miała coraz lepiej. Bo jak żadna inna literatura to właśnie fantastyka nadaje się do trzymania ręki na pulsie zmieniającej się rzeczywistości. więcej>>
Antologia Kroki w nieznane - Żerań (Katedra.nast.pl)
Najnowszym tomem almanachu zajął się nowy selekcjoner. Po Lechu Jęczmyku i Konradzie Walewskim dobór tekstów wziął na swoje barki były publicysta „Nowej Fantastyki” Mirosław Obarski. I różnicę widać. Zamiast opowiadań zróżnicowanych gatunkowo, otrzymaliśmy teksty w większości należące do science fiction. Zmieniła się również filozofia publikowania opowiadań. Nadal mamy do czynienia z twórcami pochodzącymi z wielu krajów, jednak nacisk bardziej niż dotąd położono na opowiadania pisane przez twórców anglosaskich.
Można się spierać, czy taki ruch był słuszny, czy też nie. Mnie osobiście przypadł do gustu, ponieważ ostatnimi czasy czytam sporo tekstów w języku Szekspira i widzę, że wiele dobrych opowiadań, nigdy nie trafi do Polski. A przy całym szacunku dla np. fantastyki fińskiej, która rozwija się bardzo prężnie, czy argentyńskiej, to jednak siłą rzeczy najwięcej dzieje się w fantastyce anglosaskiej, zwłaszcza amerykańskiej. Niestety, dzisiaj w Polsce nie ma wystarczająco wiele miejsca, by można było publikować odpowiednio wiele anglosaskich opowiadań fantastycznych. Poza „Nową Fantastyką” i jej „Wydaniem Specjalnym” oraz właśnie „Krokami w nieznane”, amerykańskie czy angielskie krótkie formy nie mają gdzie się ukazywać. Miała ruszyć polska edycja „The Magazine of Fantasy and Science Fiction”, jednak szanse na jej start są obecnie bardzo niskie, jeśli nie żadne. Gdzie zatem publikować takie opowiadania, jak „Memorare” Wolfe’a? Ten świetny tekst o kosmicznym dokumentaliście, kręcącym materiał o asteroidach zamienionych w kosmiczne grobowce, to zresztą „novella”, czyli mikropowieść.
U nas podobnej długości zagraniczne teksty raczej się nie ukazują. Tymczasem spora część autorów, pomijana do tej pory w naszym kraju, pisze niemal wyłącznie bardzo długie opowiadania, za krótkie na samodzielne książkowe wydanie, za długie do jednego numeru pisma. Taka jest na przykład twórczość Carolyn Ives Gilman, której zamieszczony w „Fantasy and Science Fiction” tekst „Arkfall” zrobił na mnie spore wrażenie, również „Okanoggan Falls” przeczytałem z przyjemnością. Autorka w Polsce jest praktycznie nieznana, tymczasem powieść „Halfway Human” krytycy i czytelnicy zgodnie zaliczają do kanonu literatury science fiction. Być może ze względu na tematykę, jaką Gilman porusza, nie stanie się popularna w Polsce, jednakże wybrane przez Obarskiego opowiadanie stanowi dobry trailer jej prozy.
Zastanawia mnie metoda wyboru opowiadań do antologii. W przedmowie Obarski pisze, że chciał, by nowe „Kroki” miały podobny klimat jak stare „jęczmykowe” edycje. Idea godna pochwały, ale dziwi na przykład obecność w zbiorze zaledwie dwóch tekstów przedstawicielek płci pięknej. Brakuje na przykład Kristine Kathryn Rusch, która napisała w zeszłym roku udaną mikropowieść „Recovering Apollo 8”, nominowaną zresztą do Nebuli.
Ponadto kilka starych, dobrych, nieznanych polskiemu czytelnikowi tekstów też by się znalazło. Jak na przykład „Time Considered as a Helix of Semi-Precious Stones” Delany’ego. Z drugiej strony, to tylko kwestia subiektywnej oceny i „filozofii wyboru”. Można się spierać, dlaczego Obarski wybrał do najnowszego zbioru „Luminous” Egana, bardzo dobre opowiadanie o prawach matematyki, które powinno ucieszyć miłośników twórczości australijskiego pisarza, a nie na przykład „Glory” z antologii „The New Space Opera”, powiązane z „Incandescence”, jego najnowszą powieścią. Można dyskutować, czy nie lepiej byłoby, zamiast opowiadania Connie Willis, autorki bardzo znanej w Polsce, dać, na przykład, ciekawego „The Political Prisoner” Charlesa Colemana Finlaya, pisarza w Polsce kompletnie nieznanego, a godnego uwagi. W perspektywie wydania zbioru „The Best of Connie Willis” publikowanie opowiadań tej autorki jest, moim zdaniem, po prostu dziwne. Czemu Daniel Abraham, który nie bardzo pasuje do zbioru ze swoim – owszem, dobrym – opowiadaniem fantasy, a nie na przykład Lucius Shepard ze „Stars Seen Through Stone”, nominowanym do najważniejszych nagród literackich w fantastyce – Hugo, Nebuli i World Fantasy Award? Czemu nie ma w antologii Charlesa Strossa albo Jeffreya Thomasa?
Oczywiście prędzej czy później wszystko rozbija się o indywidualne gusta. Patrząc obiektywnie, opowiadania wybrane do zbioru są zazwyczaj co najmniej przyzwoite. Świetny jest Wolfe, który mimo zbliżającego się ósmego krzyżyka, napisał chyba najlepszy tekst w zbiorze. (Chociaż tu znów pojawia się dylemat – lubię Wolfe’a, więc mogę innych autorów nie doceniać...) Bardzo dobre opowiadanie napisał Gregory, nieco przypominające twórczość Huberatha (stawia podobne egzystencjalne pytania, zahaczające o filozofię i religię), przyzwoite teksty napisali wspomniana Gilman czy Van Pelt.
Najwięcej zastrzeżeń mam, o dziwo, do weteranów. Opowiadania Baxtera i MacLeoda są oparte na interesujących pomysłach, ale w obu przypadkach zawiodło wykonanie. W przypadku „Ostatniego kontaktu” problem dotyczy przede wszystkim konstrukcji. Całość przypomina raczej rozbudowany konspekt utworu niż opowiadanie. Przez to opisana historia nie wywołuje odpowiednich emocji. O wiele bardziej wstrząsająca jest nowelka Van Pelta, zwłaszcza jej zakończenie. Nie spodobał mi się „Jezus Chrystus, reanimator”, gdzie zamiast poważnej filozoficznej dysputy na temat paruzji, otrzymujemy jej karykaturę. No i ten bohater, równie dobrze MacLeod mógł napisać opowiadanie o Mahomecie i Buddzie. Wyszłoby chyba tak samo.
Jednak polecam ten zbiór. Dzięki niemu odkryłem nowych autorów (Van Pelta na przykład) lub przekonałem się, że niektórym warto dać szansę (Abraham). Jedni przyjemnie zaskoczyli (Reynolds), inni sprawili, że z niecierpliwością czekam na debiutancką powieść. Jak w przypadku Gregory’ego czy też Kosmatki, autora jednego z najlepszych opowiadań w antologii. „Śmiercionauci”, opowieść o skazanych na wieczną tułaczkę astronautach, to kawał świetnej roboty, opowiadanie, które na długo zapada w pamięci. Sądząc po niepublikowanych w Polsce opowiadaniach, takich jak „The Prophet of Flores”, Kosmatka jest być może następcą Egana. Oby.
P.S. Opowiadania „Śmiercionauci” i „Divining Light” można znaleźć po angielsku na stronie autora.
P.P.S. Apel do Solarisu – poprawcie, kurczę, korektę. Czytelnik nie po to czeka tyle miesięcy na spóźnione wydanie tomu z 2008 roku, by nacinać się potem na kwiatki w rodzaju „Pawłowi Laudańskiego”.
Tom 32007
Antologia Kroki w nieznane - Tymoteusz „Shadowmage” Wronka (Katedra.nast.pl)
Na pierwszy ogień idzie Octavia E. Butler z „Amnestią”. Autorka wychodzi od klasycznego motywu konfrontacji z obcą rasą, gdzie ludzie są stroną słabszą. Narracja jest dosyć statyczna, spowodowana formą utworu – rozmowy kwalifikacyjnej z aspirantami do pracy u kosmitów. Opowiadanie budzi emocje i tylko trochę żal, że zakończenie nie jest lepsze.
Carol Emshwiller należy do weteranek kobiecej fantastyki. I podobnie jak jej bardziej znana koleżanka, Ursula K. Le Guin, na starość uderza w feministyczne tony. „Chłopcy” są wtórną opowieścią o rywalizacji płci i nieodpowiedzialności mężczyzn bawiących się w swoje wojenki. Zamieszczenie tego opowiadania w zbiorze mającym rzekomo pokazywać nowe trendy w fantastyce jest jakimś nieporozumieniem.
„Most” Goonan i „Surowe umysły” Swanwicka traktują o podobnej tematyce: ingerencji technologicznej w ludzkie ciało. Można rzec, że w wypadku tych dwóch tekstów autorów zajmuje posthumanizm. O ile jednak Swanwick skupia się na roli wiary w przyszłym społeczeństwie, o tyle Goonan serwuje czytelnikowi nie do końca udaną historię detektywistyczną, z bohaterem mającym w sobie wiele z Marlowe’a i Elijaha Baleya. Oba opowiadania się bronią, ale silniejsze wrażenie robią „Surowe umysły”, gdyż niosą ze sobą silny ładunek emocjonalny w przeciwieństwie do opartego na sensacyjnej fabule „Mostu”.
Paul Di Filippo prezentuje rok z życia pisarza science-fiction żyjącego w Linearnym Mieście ciągnącym się prawdopodobnie w nieskończoność. Choć utwór jest długi, to brak w nim treści – a może raczej wrzucono do niego zbyt wiele pomysłów potraktowanych po łebkach. Potencjał był, ale nie został w pełni wykorzystany, więc pozostaje niedosyt. Dodatkowym smaczkiem, choć nie do końca oryginalnym, są fantastyczne pomysły bohatera na opowiadania, które jako żywo zostały wzięte z naszego świata.
Kelly i Witcover stworzyli przede wszystkim opowiadania obyczajowe. Jednakże to, co łączy oba teksty, czyli młodzieńcze życie bohaterów, posłużyło autorom za punkt wyjścia do opowiedzenia zupełnie innych historii. Kelly wraca do ogranego motywu podróży w czasie w celu zmiany niekorzystnej przyszłości. Czyta się przyzwoicie, ale moralizowanie w niezbyt przekonującym zakończeniu psuje efekt. O wiele ciekawiej jest u Witcovera, który opowiada o dojrzewaniu grupy buntowników. Tu z kolei pod koniec pojawia się element fantastyczny – w stylu Kinga – i psuje starannie budowaną atmosferę.
Nieanglojęzyczną mniejszość reprezentuje między innymi Jose Antonio Cortina. Pomysł, na którym oparł opowiadanie, budzi silne skojarzenia ze „Szczegółami” Mieville’a. Jednakże jest to tylko punkt wyjścia, gdyż sama fabuła i finałowa konkluzja jest zupełnie inna. Utwór powinien zostać dopracowany, ponieważ w obecnej formie nie budzi większych emocji. O wiele lepiej wygląda sprawa z „Wagą słów” Forda, która zasadza się na podobnym pomyśle – ukrytych przesłań w literaturze, mocy słowa pisanego. Amerykański pisarz zajął się tematem znacznie szerzej i wykroczył poza podstawowy koncept, na jakim zatrzymał się Hiszpan. Oprócz tego opowiadanie jest po prostu świetnie napisane.
Fascynację tajnikami ludzkiego ciała, a przede wszystkim umysłu1) wykazuje Gregory piszący o dziewczynie, która pod wpływem narkotyku straciła swoje poprzednie „ja” i psychicznie stała się zupełnie nową osobą, z czym nie może się pogodzić jej otoczenie. Początek intryguje, ale zakończenie jest trochę rozmyte, zabrakło silnego akcentu.
Z dużą nadzieją podchodziłem do opowiadania Cory’ego Doctorowa – pisarza o pewnej marce na zachodzie, ale u nas jeszcze praktycznie nieznanego. Po lekturze „Gdy sysadmini rządzili światem” dochodzę do wniosku, że może to i lepiej... Utwór całkiem sprawnie napisany, ale mało wiarygodny. Do tego chyba przeznaczony wyłącznie dla administratorów sieci komputerowych, bo u przeciętnego czytelnika nie wywoła zapewne żadnych głębszych doznań.
Jednakże gdyby porównać opowiadanie Doctorowa z tymi napisanymi przez Lalumière’a czy Galinę, to można uznać, iż jest to utwór wybitny. Czemu? Pomijając, że u rosyjskiej autorki nie ma za grosz fantastyki2), jej obyczajowy tekst jest zwyczajnie bardzo słaby. Mdły i przewidywalny, nuży od samego początku i nie gra na uczuciach, choć grać właśnie zapewne miał. Natomiast Lalumière w bardzo przeciętnym wykonaniu serwuje zbitek pomysłów przewijających się od lat w fantastyce. Zagłada znanego nam świata i kult religijny wśród ocalałych jednostek przewijał się u wielu autorów.
Także w dwóch następnych opowiadaniach wykorzystywane są znane już wcześniej motywy, ale wykonanie i ujęcie sprawiają, iż prezentują się znacznie lepiej. „Baby Doll”, opowiadanie fińskiej pisarki Johanny Sinisalo, dzieje się w nieodległej przyszłości, w której emancypacja seksualna sięgnęła nawet najmłodszych. Co prawda o wyuzdaniu wśród ośmiolatków czyta się co najmniej dziwnie, ale niemniej coś w tej ekstrapolacji współczesnych trendów jest. Do tego otrzymujemy morał, że młody człowiek nie jest gotów na udźwignięcie wszystkiego, a wolność też ma cenę. Lindsley natomiast powraca do sterowania ludzkimi uczuciami i reakcjami przez związki chemiczne wiążąc je z przemysłem reklamowym. Wkomponowanie w to organizacji walczącej w podziemiu z tym procederem nie było konieczne, ale też zbytnio nie przeszkadza.
Na deser czytelnik otrzymuje opowiadanio-esej Gregory’ego Benforda, bazujące na mało realistycznych założeniach, ale za to wewnętrznie spójne. Jest to kolejny głos nawołujący do zrównoważonego rozwoju i ochrony środowiska.
„Kroki w nieznane 2007” jednak nie spełniają oczekiwań, a tym bardziej chwalebnych założeń. Jest kilka bardzo dobrych, być może nawet wybitnych opowiadań, ale przeważająca większość z pewnością nie wyznacza nowych trendów w fantastyce, a raczej powiela znane już wcześniej schematy i pomysły. Wiem, że w każdej antologii ciężko dobrać tak teksty, by utrzymać stały wysoki poziom, ale przy zbiorze z taką tradycją i ambicjami jednak należałoby się bardziej przyłożyć podczas selekcji opowiadań. Przynajmniej by osiągnąć efekt z poprzednich dwóch tomów, w których odsetek utworów wartych uwagi był zdecydowanie wyższy. Chyba zabrakło większej odwagi w doborze tekstów, odrobiny ekstrawagancji i szaleństwa.
1) Ten motyw pojawia się po raz kolejny w nowej serii „Kroków w nieznane”. Podobną tematykę poruszał chociażby Jeffrey Ford w „Imperium lodów”.
2) Na siłę daje się znaleźć element fantastyczny, lecz równie często się go spotyka w utworach niemających z fantastyką nic wspólnego. Można to opowiadanie uznać również jako wycieczkę ku głównemu nurtowi. Tylko, czy aby konieczną i właściwie przeprowadzoną? Śmiem wątpić.
Tom 22006
Antologia Kroki w nieznane - JeRzy (Gram.pl)
Gdy czytelnik / czytelniczka wgryza się w kolejne opowiadania w antologii, może się przekonać, że problemy poruszane obecnie przez twórców fantastyki często okazują się bardzo zbliżone lub wręcz tożsame z zagadnieniami, z którymi ten gatunek brał się za bary przez dziesięciolecia. Zmienia się jednak sposób ich pokazania, inaczej rozłożone są akcenty. Wciąż zadawane są pytania o definicję życia (jak np. w opowiadaniu Davida Maruska „Album ślubny”), wyznaczniki człowieczeństwa (w „Powodach do zadowolenia” Grega Egana czy w „Zrozumieć człowieka” Thomasa M. Discha) albo istnienie przypadku lub przeznaczenia w naszym życiu („Co z nami będzie” Teda Chianga). więcej>>
Antologia Kroki w nieznane - Żerań (Katedra.nast.pl)
W „Wodach Meriba” Tony Ballantyne snuje rozważania nie tylko na temat przyszłości ludzkiego gatunku, ale także – a może przede wszystkim – zastanawia się, gdzie są granice ludzkiej moralności. Dzisiaj, gdy polski rząd zastanawia się nad wprowadzeniem kary śmierci, a nauka rozwija się szybciej niż kiedykolwiek, takie pytania są niezwykle potrzebne by człowiek nie pogrążył się w szaleństwie. Czy można skazanego na śmierć człowieka, skazanego za psychiczny gwałt na drugiej osobie (kolejne pytanie: gdzie są granice prawa?), traktować jako obiekt doświadczalny do badań? Jakie będą tego konsekwencje?
W podobnym tonie wypowiada się wybitny amerykański pisarz o azjatyckich korzeniach, Ted Chiang. Po opublikowaniu znakomitego tekstu „Co ma cieszyć oczy?” zamilkł pisarsko na jakiś czas, by powrócić z tekstem „Co z nami będzie”, będącym pytaniem o przyszłość gatunku ludzkiego. Pewien wynalazek na zawsze zmienia społeczeństwo i człowieka, który nagle przestaje być panem siebie... Brzmi interesująco? Tak. Niestety Chiang nie rozwinął tematu, przedstawiając zaledwie szkic, króciutką notatkę, niewyczerpującą naszych oczekiwań względem tego niewątpliwie bardzo utalentowanego autora. Spodziewałem się czegoś mocnego, dłuższego, nowego; jedynie się rozczarowałem.
Można też, i my to zrobimy, wprowadzić drugie kryterium rozróżniania – kryterium nowości. Znaczna część autorów prezentowanych na łamach „Kroków w nieznane 2006” jest w naszym kraju szerzej nieznana i dla polskiego czytelnika ich utwory są istną terra incognita, ziemią nieznaną i tajemniczą. A szkoda, bo obecnie na Zachodzie, głównie w krajach anglojęzycznych, Ameryce i Wielkiej Brytanii – zwłaszcza w Wielkiej Brytanii – publikuje wielu ciekawych autorów.
Weźmy na przykład twórczość Grahama Joyce’a. W jego znakomitym „Częściowym zaćmieniu” mamy historię z pozoru sztampową, a jednak, gdy się bliżej przyjrzeć, oryginalną i zaskakującą. Oto bowiem świat staje przed odkryciem stulecia. Obcy nie tylko istnieją, ale od tysięcy lat trwają z nami w symbiozie; żyją w nas pod postaciami snów, zsyłając nie tylko koszmary, ale także wizje dotyczące sztuki. Po ich nagłym odejściu świat staje na krawędzi cywilizacyjnego upadku. Tekst jest prawdziwą literacką perłą; żywą, wielowątkową prozą, która pokazuje jak daleko w tyle znajduje się większość polskich fantastów. Który z naszych pisarzy stworzyłby taką historię? A przecież Joyce nie jest tylko jedynym „odkryciem” Walewskiego.
Jest nim także Jeff VanderMeer. Jego „Przemiana Martina Lake’a” to znakomity, pisany trochę w formie eseju tekst, opowiadający historię malarza, który nagle staje się poważanym artystą. A wszystko zaczyna się, gdy Martin Lake otrzymuje tajemniczą kopertę... Jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za sukces? VanderMeer, nagrodzony World Fantasy Award, jeden z wybitnych przedstawicieli nurtu zwanego New Weird, duchowy ojciec jednej z najważniejszych powieści fantasy ostatnich lat, „Welinu”, każe swoim bohaterom poruszać się w świecie, gdzie sztuka, oraz śmierć znanego kompozytora i dyktatora zarazem, stanowi nie tylko odprężenie dla zmysłów, ale także przyczynę wielu konfliktów społecznych. Ciekawy punkt wyjścia do rozważań na temat społeczeństwa, prawda? Zwłaszcza, że tekst jest niejako przeciwieństwem opowiadania Joyce’a.
W opozycji do Joyce’a, ale także i VanderMeera, stoi autor znakomitego opowiadania „Imperium Lodów”, także nagrodzonego World Fantasy Award. Tutaj muzyk jest nie tyle dyktatorem i władcą, co poddanym. Nieszczęśliwym, biednym chłopcem, ograniczanym zarówno przez wielki talent kompozytorski, co pewną dziwaczną chorobę. Poprzez pryzmat tragedii młodego, utalentowanego muzyka czytelnik może dostrzec nie tylko rozważania na temat miłości (nieszczęśliwa miłość bohatera do pewnej dziewczyny, którą widzi tylko podczas picia kawy, staje się pytaniem o sens życia), ale także odpowiedzialności rodziców.
O miłości pisze także rosyjski pisarz Oleg Diwow w opowiadaniu „Koty Pawłowa”, jednym z najbardziej nieudanych – obok rozczarowującego tekstu Kelly Link, Diaczenków, czy później Lucy Sussex – opowiadań zamieszczonych w antologii. Niestety, ale historia naukowca próbującego pod wpływem miłości ratować swój eksperyment, choć zapowiadała się na intrygującą i pomysłową, zwłaszcza w kontekście wykorzystywania zwierząt jako broni, jest w rzeczywistości rozwlekła i chwiejna. To, co powinno zmieścić się w opowiadaniu dwudziesto-, trzydziestostronicowym, Diwow rozciąga prawie do rozmiarów noweli. Szkoda zmarnowanego potencjału.
Potencjał był też w opowiadaniu Link. Na początku mnie wciągnęło, z zainteresowaniem czytałem tekst napisany w dość niekonwencjonalny sposób, jednak w ostatecznym rozrachunku otrzymałem utwór przereklamowany. Historia kobiety, która szuka miłości w dziwnym, onirycznym, kierującym się niezwykłą logiką świecie, w języku angielskim zapewne była dobra, bo opierała się na nieprzetłumaczalnych grach słownych. Po przetłumaczeniu na język polski otrzymujemy kolejną wtórną miłosną powiastkę, opartą po części na micie Orfeusza i Eurydyki. Szkoda.
Celowo nie omawiam tutaj wszystkich utworów zamieszczonych w antologii. Jej nazwa, „Kroki w nieznane”, mówi sama za siebie. Gdybym chciał omówić wszystkie piętnaście utworów, musiałbym napisać recenzję siedmiokrotnie dłuższą, która w efekcie przestałaby być recenzją, a stałaby się zapewne esejem na temat współczesnej fantastyki – a nie o to przecież chodzi. Nie chcę psuć czytelnikowi odkrywania tajemnic tej wspaniałej, imponującej terra incognita. Pragnę zachęcić go, by samodzielnie udał się w nieznane. Bo warto. Mimo kilku wpadek –na przykład marnych opowiadań Kelly Link, Lucy Sussex, czy Olega Diwowa - jest to najlepsza, obok zbioru „Niech żyje Polska!” Fabryki Słów, antologia roku 2006. I liczę, że Konrad Walewski podobną jakość zaserwuje nam w następnej edycji. Pozycja obowiązkowa.
Tom 12005
„Wyglądamy w przyszłość, pamiętamy o przeszłości” - Konrad Wągrowski (Esensja)
Doskonale się stało, że nowym zbiorze znalazło się miejsce dla nieodżałowanego Kira Bułyczowa. Jego nazwisko stanowi symboliczny łącznik między starymi i nowymi tomami. (...) Zacznijmy więc lekturę tomu od tego opowiadania, bo będzie to łagodne wejście w świat współczesnej fantastyki naukowej. Bowiem reszta tekstów jest już odmienna od tego, co poznawaliśmy z tekstów publikowanych w latach 70. Wiele się przecież przez ten czas zmieniło – zarówno na świecie (koniec zimnej wojny, rozpad żelaznej kurtyny, nawrót terroryzmu – sami zresztą wiecie), jak i w samej fantastyce, w której już zdążył się przewinąć cyberpunk, postcyberpunk, steampunk, technothrillery, różne odmiany fantasy, etc. etc. Jaka więc jest ta fantastyka Anno Domini 2005, prezentowana w Krokach w nieznane? więcej>>
Antologia Kroki w nieznane – Bleys (Katedra.nast.pl)
Wskrzeszona właśnie przez wydawnictwo Solaris legendarna antologia z lat siedemdziesiątych „Kroki w nieznane” ma programowo nawiązywać do swej antenatki sprzed trzydziestu lat. Zatem słusznym wydaje się być oczekiwanie od niej rzetelnego przeglądu nowych prądów oraz tematów współczesnej fantastyki – niekoniecznie naukowej, albowiem z podtytułu przymiotnik ten został usunięty. Współczesności redaktorzy nadali temu projektowi stosunkowo szerokie ramy, wybierając do publikacji opowiadania wydane w oryginale w latach 1986-2005. Dominują utwory zeszłoroczne oraz liczące sobie ponad dziesięć lat, pochodzące z kręgu anglojęzycznego.
Zaledwie dwa opowiadania w zbiorze zostały stworzone przez autorów rosyjskich, przy czym opowiadanie guslarskie Bułyczowa trudno określić mianem reprezentanta nowych tendencji. Drugie z nich, autorstwa Władimira Wasiliewa, jest do szpiku kości rosyjskie, zaś fabularnie nawiązuje do wielkich postaci fantastyki zza wschodniej granicy – braci Strugackich. Szczerze mówiąc, podobna fantastyczna opowieść z pogranicza snu i jawy nie byłaby żadnym zaskoczeniem nawet przed trzydziestu laty. Sporym zawodem w przypadku antologii wydanej przez Solaris jest całkowite pominięcie fantastyki zachodnio- i środkowoeuropejskiej, którą wydawnictwo przecież stara się przedstawiać polskiemu czytelnikowi, jak również znakomitej fantasy ze wschodu.
Wybór opowiadań z anglojęzycznego kręgu kulturowego jest, rzecz jasna, subiektywny, toteż obok autorów o ugruntowanej pozycji (jak Suzy McKee Charnas i China Mieville) znajdziemy pisarzy mniej znanych (dla przykładu, Kelly Link). Obok prozy zaangażowanej i głęboko humanistycznej zamieszczono opowiadania najwyraźniej realizujące głównie cel formalny. Zakres poruszanej tematyki jest stosunkowo szeroki. Za najlepsze z przedstawionych opowiadań (de facto, większość z nich w terminologii angielskiej należałoby określać z uwagi na objętość mianem novelettes) uważam „Moralność wirusologa” Grega Egana, łączące poważną tematykę z olśniewającą przejrzystością stylu, pozbawione zbędnych fajerwerków i ozdobników. Dzięki temu ma ono w sobie klasyczny urok najlepszych opowiadań Asimova, poruszając w ożywczy sposób kilka niezwykle aktualnych – a nawet ponadczasowych – problemów. Przypomina najlepsze fragmenty twórczości Roberta J. Sawyera, stanowczo zbyt słabo znanego w Polsce.
Niestety, obok świetnych przykładów rozwoju fantastyki, znajdziemy też w „Krokach w nieznane” przedstawicieli ślepej uliczki, jaką jest fascynacja formą. Być może po części winę za to należy przypisać tłumaczom, ale czasami styl wybranych utworów jest zbyt chaotyczny, zbyt gęsty, aby ich przekaz był klarowny i uderzający. Mam na myśli szczególnie dość ohydne opowiadanie Michaela Blumleina.
Kilka utworów wydaje mi się mówić niemalże o niczym, jak „W miesiącu athyr” Elizabeth Hand, „Klamociarz” Cory’ego Doctorowa czy „Nocą w Telewizyjnym Mieście” Paula di Filippo. Niektóre wskazują na spory potencjał autora, lecz wymagają dopracowania warsztatowego – do tej kategorii zaliczyłbym nowelki Kelly Link oraz Kathleen Ann Goonan. Z kolei opowiadanie Miéville’a należałoby, moim zdaniem, potraktować raczej jako propagandowy tekst antyglobalistyczny niż literaturę fantastyczno-naukową – a w każdym razie mieści się w fantastyce nie bardziej niż dzieła Orwella.
„Kroki w nieznane” są, zaiste, wartościowym przeglądem autorów mało znanych w naszym kraju. Pozostaje więc tylko żywić nadzieję, że seria będzie kontynuowana, a proponowany zestaw twórców wraz z mijającymi latami będzie się poszerzał, tak w obrębie fantastyki anglosaskiej jak i geograficznie. Na koniec jedno zastrzeżenie, które wpłynęło na ocenę – gdyby tylko Solaris zatrudnił wreszcie porządnego korektora! Najlepiej, gdyby kandydat wykazał się znajomością reguł odmiany imion obcojęzycznych, a zwłaszcza wiedzą, kiedy należy końcówkę oddzielać apostrofem.
PIERWSZA SERIA - LATA 70.
Tom VI1976
„Do sześciu razy sztuka” - Joanna Słupek (Esensja)
Szósty tom Kroków w nieznane ukazał się po dłuższej niż poprzednie tomy – dwuletniej – przerwie. Jest też wyraźnie cieńszy od poprzednich – niecałe 300 stron. Jednak najważniejsza jest zawartość – a ta wciąż warta jest lektury.
Tom otwierają dwa opowiadania, klasyczne już w chwili powstawania antologii: „Dziewięć miliardów imion boga” Arthura C. Clarke’a i „Kwiaty dla Algernona” Daniela Keyesa. Nie muszę chyba przedstawiać tych tekstów. Pierwszy z nich należy do „starej szkoły” fantastyki – oparty na prostym pomyśle, nie zaskakuje fajerwerkami stylistycznymi, nie zagłębia się w psychikę bohaterów, a jednak wróciłam do niego z przyjemnością, mimo że puentę znam (podobnie jak większość czytelników mojego pokolenia) właściwie na pamięć. „Kwiaty…” są całkowitym przeciwieństwem opowiadania Clarke’a. Ktoś może powiedzieć, że przecież też oparte są na jednym pomyśle, ale wykonanie jest całkiem inne. Podczas gdy Clarke sucho relacjonował fakty, Keyes podsuwa czytelnikowi dziennik Charliego Gordona, głównego bohatera swojego tekstu, zmuszając do zanurzenia się w świat jego myśli i uczuć. I czyni to w sposób mistrzowski – tekst tak samo wciąga przy setnej, jak i pierwszej lekturze. Absolutnie nie czuć, że od powstania tego opowiadania upłynęło już 46 lat. więcej >>
Tom V1974
„Sześciu wspaniałych” - Paweł Laudański (Esensja)
Bradbury, Sheckley, Silverberg, Lem, Simak, Farmer… Co łączy te nazwiska? Piąty tom klasycznej antologii Kroki w nieznane pod redakcją Lecha Jęczmyka. Garścią nostalgicznych wspomnień na jej temat dzieli się Paweł Laudański.
Kroki w nieznane… Absolutna legenda. Rarytas kolekcjonerski. Rzecz praktycznie niedostępna w bibliotekach, bardzo rzadko spotykana na półkach antykwariatów. W sumie sześć tomów – ostatni z nich (bodaj ten z zieloną okładką, drugi w kolejności) udało mi się nabyć jakieś dziesięć lat po pierwszym (to dokładnie pamiętam – czerwony, z 1972 roku). Cała szóstka wciąż zajmuje jedno z honorowych miejsc na półkach mej domowej biblioteczki. I zajmować je będzie jeszcze dłuuuuuuugo. Przynajmniej do czasu, gdy przestanę czytać fantastykę. Czyli nigdy. więcej >>
Tom IV1973
„Parada mistrzów” - Konrad Wągrowski (Esensja)
W dawnych czasach, gdy mężczyźni byli mężczyznami, a małe futrzaste istoty z Sagittariusa IX były małymi futrzastymi istotami z Sagittariusa IX, pewne nazwiska autorów elektryzowały czytelników fantastyki naukowej, gdy tylko je dojrzeli przy jakimkolwiek opowiadaniu. Traf chce, że takimi nazwiskami wypełniony jest czwarty tom Kroków w nieznane z 1973 r.
Wystarczy wymienić kilka nazwisk aby każdy, kto pasjonował się fantastyką w latach 70. i 80. poczuł dreszcz podniecenia – Brian W. Aldiss, Isaac Asimov, Ray Bradbury, Frederick Pohl, Bob Shaw, Robert Sheckley, John Wyndham, Kir Bułyczow, Janusz A. Zajdel. Takich autorów udało się zebrać Lechowi Jęczmykowi w jednym tomie! Być może młodszemu czytelnikowi część z tych nazwisk niewiele powie – uwierzcie więc mi na słowo. To były gwiazdy, to byli wielcy. I dziś chyba już takich pisarzy – a przynajmniej tak jak wówczas odbieranych – nie ma... więcej >>
Tom III1972
„Trzecie wejście smoka” - Jarosław Loretz (Esensja)
Teraz można się śmiać, ale jeszcze piętnaście lat temu przeciętny miłośnik literatury fantastycznej nie miał zbyt różowo. Ze względu na utrudnione kontakty z Zachodem, specyficzną politykę wydawniczą państwowych molochów oraz cenzurę (niezbyt surową, ale jednak), skazany był przeważnie na marnej jakości wypociny polskich autorów, lub tych z bratnich państw socjalistycznych. Na tym tle każdy z tomów Kroków w nieznane był porywającą ucztą.
Nie inaczej było z trzecim, czerwonym tomem almanachu. Tomem dość specyficznym, bowiem najgrubszym i najbardziej kosmopolitycznym. Jedynym, w którym prócz autorów amerykańskich, brytyjskich, polskich i rosyjskich zagościli Japończycy. więcej >>
Tom II1971
„Mój wehikuł czasu” - Artur Długosz
Kiedy wróciłem po latach do drugiego tomu Kroków w nieznane uderzył mnie fakt, na który wcześniej nie zwracałem uwagi. Książka jest starsza ode mnie. Tym większy mój szacunek dla prezentowanych w niej autorów, których pionierskie wyprawy w czasie do dziś pozostają aktualne.
Wbrew tytułowi popularnej powieści Simaka, czas wcale nie jest najprostszą rzeczą. Zmagały się z nim i nadal zmagają najtęższe umysły świata, ale nie tylko. Czas jest bolączka nas wszystkich, nieuchronnie, bezgłośnie odmierzając nasze życie. Paradoksalnie w naturze występują zjawiska, dla których kierunek tzw. strzałki czasu jest obojętny. więcej >>
Tom I1970
„Wróble, strach, zła fantastyka” - Artur Chruściel
Czego można spodziewać się po fantastycznej książce wydanej przed trzydziestoma pięcioma laty? Po antologii, którą wspomnienia ówczesnych fanów przeniosły do czasów współczesnych jako objawienie, kamień milowy, okno na świat? Plan minimum to znaleźć opowiadania, które przetrwały próbę tych trzech dziesięcioleci. Plan maksimum – zapomnieć o tym, że minęły. Pierwszy tom Kroków w nieznane pod redakcją Lecha Jęczmyka planu maksimum nie spełnia. Cóż dostajemy w zamian?
To jubileuszowe, związane z wydaniem nowego tomu „Almanachu fantastyczno-naukowego” spotkanie z antologią Jęczmyka – było moim pierwszym. Zamiast wspomnień miałem cudze opinie. Zamiast głodu wszelkiej fantastyki, który kształtował wspomnienia – głód fantastyki dobrej. Zamiast braku szerokiego spojrzenia na gatunek, z którego rodziły się opinie – półki pełne klasyki, głowę pełną nowości. Czy mogło się udać wskrzeszenie tych przeżyć, które towarzyszyły pierwszym czytelnikom Kroków w nieznane? więcej >>






















































































